Dzieci i dzieci

Jest jesień, rok siedemdziesiąty któryś. W Londynie pada i jest zimno. Wstępuję na krótko do National Gallery.

Jest jesień, rok siedemdziesiąty któryś. W Londynie pada i jest zimno. Wstępuję na krótko do National Gallery.

Na krótko, bo bez sensu jest oglądanie w ciągu kilku godzin iluś tam setek obrazów, z czego w pamięci nie zostaje nic, poza uczuciem zmęczenia. Do sali, którą sobie upatrzyłem, wchodzi grupa dzieci w szkolnych strojach. Dzieci w wieku 9-10 lat w poważnym muzeum? Chyba ktoś niezbyt mądrze zaplanował im wycieczkę. Cała grupa - wraz z nauczycielką i przewodniczką z muzeum - siada na podłodze przed jednym z obrazów. Stoję obok i gapię się na obraz na ścianie, ale patrzę też, co z tego, co dzieje się obok, wyniknie.

Okazuje się szybko, że to nie wycieczka, lecz zwykła lekcja, tyle, że "wyjściowa". Przewodniczka wcale nie mówi, co to za obraz przed nimi, lecz pyta się dzieci, co widzą na tym obrazie. Odpowiadają jedno przez drugie i okazuje się, że każde widzi coś innego. Potem przewodniczka proponuje, by każdy sam narysował na kartce jakiś fragment obrazu. Dzieci mozolą się przez chwilę, a potem mówią, dlaczego narysowały akurat to. Dopiero na końcu, ale nadal bez śladu indoktrynacji, przewodniczka opowiada im o obrazie, o którym, jednak, w tym momencie każde z nich ma już swą własną opinię.

Gdy chodziliśmy do liceum, czymś co miało nas odróżniać od uczniów innych szkół, były czapki. Nasze były ciemnoniebieskie, miały czarny, lakierowany daszek i żółty sznureczek na otoku. Czapki kupowało się w prywatnym sklepie i nie były tanie, więc nie wzbudzało entuzjazmu rodziców to, że czapka liczyła się dopiero wtedy, gdy miała daszek złamany w połowie, jakby w przedłużeniu linii nosa.

Potem przyszły tarcze z numerem szkoły na rękawach i od nich chyba zaczął się stopniowy zanik czapek. Tarcze nie wszyscy chętnie nosili, więc pojawiły się i kontrole, najczęściej rano, przy wejściu do szkoły, co, w razie czego, dawało jeszcze szansę do odwrotu.

W czasach pierwszych mundurków szkolnych (tych "fartuszkowych", z satyny) byłem już na etapie mundurków służbowych, czyli garniturów i krawatów, do czego nikt jakoś ani nie zmuszał, ani nawet nie namawiał, ale ton nadawało tych kilku wyżej, o których powszechnie mawiano, że mają klasę.

O strojach informatyków napisano już chyba setki stron i powiada się, że im lepsza firma, tym bardziej są one ekscentryczne. Znam takiego, który w szafie w pracy trzyma garnitur i wbija się w jego pancerz (tak sam to określa i - zapewne - odczuwa) tylko, gdy naprawdę musi (czytaj: dostanie kategoryczny rozkaz od szefów). Nawet słynny "business casual" nie ma u nich szans (nb. najlepsza definicja tego rodzaju stroju, jaką słyszałem, wcale nie mówiła, co i jakie ma być, lecz na odwrót: "krawat niekoniecznie, ale z pewnością nie dżinsy").

Zachęcając nas to do noszenia szkolnych czapek, to do przyszywania też szkolnych tarcz na rękawach, zawsze starano się podkreślać pozytywną stronę sprawy, bo chodzenie do liceum wyróżnia w oczach otoczenia. No i jakoś wszyscy czapki i tarcze nosili.

Obecnej fali wprowadzania mundurków towarzyszy aura represji i napiętnowania. Wcale - jak kiedyś u nas i jak w innych krajach - nie idzie tu o eliminację szkolnych rewii mody i popisów bogactwa przez strój. Teraz przede wszystkim chodzi o koniec z anonimowością poza szkołą: od razu będzie widać, skąd jest ten, który rozrabia albo włóczy się nie wiadomo gdzie.

W warszawskie popołudnie świeci słońce i aż duszno od upału. Przed Pałacem Kultury, wokół autobusu, wycieczka szkolna szykuje się do odjazdu. Zanim odjadą, pani zbiera wszystkich jeszcze na chwilę i przemawia: - Dzieci! Widzicie przed sobą najbrzydszy budynek w całej Warszawie...


TOP 200