Dyskoteka

Kiedy mgr J. udało się dostać komputer do swojego laboratorium, sprawy zdawały się iść w jak najlepszym kierunku. Nie był ów komputer szczytem pecetowej techniki, ot zwykły AT z maleńkim dyskiem. Zdezelowany był trochę, ale działał. Nawet windowsa dała się odpalić na jednym MB pamięci.

Kiedy mgr J. udało się dostać komputer do swojego laboratorium, sprawy zdawały się iść w jak najlepszym kierunku. Nie był ów komputer szczytem pecetowej techniki, ot zwykły AT z maleńkim dyskiem. Zdezelowany był trochę, ale działał. Nawet windowsa dała się odpalić na jednym MB pamięci.

Mgr J. wielokroć przekonywała szefa co do konieczności posiadania komputera na biurku. Nie było to wcale oczywiste, jako że mgr J. para się dziedziną nauki, w której narzędziami podstawowymi są kolby, zlewki i probówki.

- Ale - mówiła szefowi - informatyzacja nauki, komputerowe wspomaganie badań, postęp i nowoczesność....

Przecież nawet pisanie doktoratu, który miał powstać za rok - półtora od zrobienia dyplomu, trudno wyobrazić sobie inaczej, niż przy użyciu peceta. A opracowywanie wyników? Wykresy, analiza, regresja... Któż by to robił "ręcznie" w dzisiejszych czasach? Szef dał się przekonać i maszynę załatwił. Młodym, zdolnym naukowcom trzeba wszak pomagać, gdyż oni to właśnie imię nauki polskiej i własnego szefa pracami swymi sławić powinni.

Mimo słabości i niedostatków komputera udało się na nim uruchomić nie tylko edytor tekstu i program do robienia wykresów, ale i gier kilka. Mgr J. napisała artykuł, zrobiła parę potrzebnych wykresów, a żeby długie godziny pracy nieco sobie umilić, gier sobie używała, ze szkodą pewną dla roztworów i odczynników odłogiem w tym czasie leżących.

Obserwując sytuację uznałem ją za typową. Ufałem, znając inteligencję mgr J., że gry szybko przestaną ją zajmować i komputer w jej rękach zacznie być istotnie narzędziem wspomagania badań. Aliści nadeszło Nowe. W ramach ogólnej komputeryzacji uczelni do laboratorium mgr J. dopełznął kabel sieciowy.

Wiem z doświadczenia, że Internet działa jak narkotyk i to znacznie silniej, niż gry wszelakie. Ale - myślałem sobie - na tekstowym terminalu, coż za rozrywka? Poczta, telnet, lynux.... W sumie nic ciekawego. Wierzyłem w to, że mgr J. zrobi swój doktorat tak szybko, jak chciała, a miazmaty WWW nie będą jej od tego odciągać. Aliści nie doceniłem... IRC-a.

Sam nie ircuję. Za to dla mgr J. usługa ta stała się prawdziwą namiętnością. Gdy przychodzi do pracy i włącza komputer, jej palce automatycznie już wstukują owe trzy literki i pochłania ją inny świat. Rozmowy na IRC-u, gdy się im kiedyś przyglądałem, przypominają mi komunikację w zatłoczonej dyskotece. Ktoś coś mówi, ktoś coś słyszy, ale wszystko to razem tworzy najczęściej wrażenie ogólnego bełkotu. Strzępy zdań, strzępy myśli.. Ulatujące z monitora linie przykuwają wzrok, nie pozwalają nawet spojrzeć za okno, bo a nuż jakieś słowa ulecą. Można w jednej chwili zmienić kanał, albo otworzyć kilka konsoli i na każdej udawać kogo innego. Albo na jednej IRC, na drugiej talk, na jeszcze innej poczta... Tysiące słów, miliony słów, Możliwości rosną, a czas rozciągnąć się nie chce. Kolby, probówki i zlewki muszą poczekać.

Pośród tego wszystkiego nachodzi czasem mgr J. przerażająca wizja kolejnego spotkania z szefem. Co mu powiedzieć, gdy zapyta o postępy pracy?

Kibicując życzliwie karierze mgr J., myślę sobie: - Nauko polska! Azaliż przyszłość twoja (pozytywna) zwisnąć ma od ewentualnej dłuższej awarii sieci? A może opłaty za korzystanie z sieci załatwią sprawę?