Duch mojej żony, czyli koperczaki

Język polski jest piękny, bo jest wieloznaczny. To coś znacznie więcej niż giętkość, wychwalana przez poetę. Wieloznaczność pozwala bowiem nie tylko powiedzieć co pomyśli głowa, ale powiedzieć w taki sposób, że druga głowa nie będzie zrazu mogła wywnioskować, które z wielu znaczeń zostało użyte. Wahanie się pomiędzy znaczeniami jest dodatkową, nieco masochistyczną przyjemnością, która czai się za wszelkimi kalamburami, dowcipami, zwischenrufami, błyskotliwymi powiedzonkami, zręcznymi replikami, a nawet uprzejmymi obelgami. Niestety, ta sama wieloznaczność jest kamieniem u nogi wszelkich programów tzw. sztucznej inteligencji, bo komputery nie potrafią wywnioskować z kontekstu, o co właściwie chodzi.

Język polski jest piękny, bo jest wieloznaczny. To coś znacznie więcej niż giętkość, wychwalana przez poetę. Wieloznaczność pozwala bowiem nie tylko powiedzieć co pomyśli głowa, ale powiedzieć w taki sposób, że druga głowa nie będzie zrazu mogła wywnioskować, które z wielu znaczeń zostało użyte. Wahanie się pomiędzy znaczeniami jest dodatkową, nieco masochistyczną przyjemnością, która czai się za wszelkimi kalamburami, dowcipami, zwischenrufami, błyskotliwymi powiedzonkami, zręcznymi replikami, a nawet uprzejmymi obelgami. Niestety, ta sama wieloznaczność jest kamieniem u nogi wszelkich programów tzw. sztucznej inteligencji, bo komputery nie potrafią wywnioskować z kontekstu, o co właściwie chodzi.

Po tym przydługim wstępie komputerowo-językoznawczym śpieszę donieść Czytelnikom, że jak na razie wdowcem nie jestem, a żona moja trzyma się dobrze i nie oddała ducha. Wręcz przeciwnie, znalazła jednego i to w komputerze. Nim jednak zajmiemy się duchem, muszę wyjaśnić okoliczności całej sprawy, bo choć Czytelnicy są naturalnie inteligentni, to przecież nie muszą i wręcz nie mogą znać okoliczności, w jakich doszło do odkrycia owego ducha. Otóż od ponad dziesięciu miesięcy jesteśmy z żoną DILS (http://www.wordspy.com/words/DINS.asp ), co po polsku należałoby chyba nazwać koperczaki (ang. dill = koper). Tak się bowiem złożyło, że żona za chlebem, czyli za pracą, której w kryzysie nie wybiera się, przeniosła się na drugi koniec kontynentu, pozostawiając mnie w odległości 3000 mil (ca 5000 km). Odległość znam, gdyż przemierzyłem ją już wielokrotnie.

Początkowo rozmawialiśmy przez telefon, wysyłaliśmy e-maile, a nawet czatowaliśmy, co jednak nie jest tym samym co fizyczne obcowanie albo choć oglądanie się. Dlatego gdy tylko firma Apple rozpoczęła testowanie nowego oprogramowania do wideokonferencji pod nazwą iChat AV (http://www.apple.com/ichat ), nabyłem odpowiednie kamery i mamy codzienne wieczorne spotkania. Wiem już, że ziewanie udziela się przez kamerę, że jedzenie przed kamerą wywołuje głód po drugiej stronie, że jeden obraz to rzeczywiście więcej niż tysiąc słów. Krótko mówiąc, to jest to!

Jednakże tak się złożyło, że po zarejestrowaniu ników iChatu komputer żony zaczął żyć własnym życiem. To znaczy budził się o różnych porach dnia i nocy, jakby jego duch dopominał się czegoś. Początkowo bagatelizowałem opowieści żony, bo wiadomo, że samotna kobieta w pustym domu może dużo sobie wyobrazić. Ale kiedy w trakcie comiesięcznej wizytacji zostałem naocznym świadkiem, jak śpiący komputer nagle zamigotał ekranem i zaszumiał dyskiem, to nie mogłem dalej udawać, że problemu nie ma. Zadziwiające było jednak to, że mój komputer wcale nie przejawia podobnych upodobań do straszenia właściciela.

Uważna obserwacja modemu kablowego żony ujawniła, że co jakiś czas jest on aktywny sam z siebie, a raczej prawdopodobnie jest skanowany przez hakerów lub kogoś innego. W niewiadomy dla mnie sposób aktywność modemu uruchamia komputer, wyzwalając złe moce i budząc żonę. Mój komputer nie podlega takim wampirzym zachowaniom, gdyż jest oddzielony od sieci stacją bezprzewodową, która działa także jako firewall. A więc prawdopodobnie zainstalowanie oprogramowania do wizualnego czatowania nie miało nic wspólnego z duchem żony. A raczej miało wiele, wzmacniając jej ducha. Koperczaki, po prostu koperczaki.


TOP 200