Drugie pół decentralizacji

Byłem bardzo zaskoczony, gdy w kilka godzin po atakach na World Trade Center otrzymałem kilka przesyłek z listy dyskusyjnej, która jest rozpowszechniana z serwisu Yahoo! Groups. Listy, dotyczące nieistotnych drobiazgów, były dla mnie bardzo ważne - dowodziły, że Internet w USA działa.

Byłem bardzo zaskoczony, gdy w kilka godzin po atakach na World Trade Center otrzymałem kilka przesyłek z listy dyskusyjnej, która jest rozpowszechniana z serwisu Yahoo! Groups. Listy, dotyczące nieistotnych drobiazgów, były dla mnie bardzo ważne - dowodziły, że Internet w USA działa.

Wytrzymał on zarówno sam atak, jak i nagły wzrost obciążenia, wywołany zwiększonym ruchem na serwisach. Agencje piszą, że nawet w Nowym Jorku, gdy nie działały telefony komórkowe i stacjonarne, e-mail pozostawał jedynym sposobem na skontaktowanie się z najbliższymi.

Wszyscy komentatorzy są zgodni, że Internet zawdzięcza to decentralizacji. Atak uszkodził jedynie niewielki fragment sieci, reszta działała bez zarzutu. Dla kontrastu podaje się przykład centrali American Express, mieszczącej się w budynku obok WTC, która nie działała przez kilka godzin po tragedii. Miejmy nadzieję, że to doświadczenie wezmą sobie do serca także instytucje finansowe i ponadnarodowe korporacje, które ostatnio bez opamiętania centralizowały przetwarzanie danych.

O ile jednak zgadzam się z komentatorami co do przyczyn, o tyle całkowicie różnimy się w zaleceniach. Zewsząd słychać chór ekspertów, którzy namawiają przedsiębiorstwa, by rozproszyły swoje systemy informatyczne. Innymi słowy, namawiają firmy, żeby upodobniły swoje zasoby komputerowe do Internetu - decentralizując je i zapewniając składowanie i przetwarzanie danych w wielu różnych lokalizacjach fizycznych.

Wydaje mi się, że postąpienie zgodnie z tą radą to zatrzymanie się w pół kroku. Oglądałem kiedyś taką decentralizację na własne oczy. Krótko po tym, jak w Polsce zaczęło być możliwe tworzenie wirtualnych sieci korporacyjnych, pewna firma z branży budownictwa przemysłowego postanowiła, że zamiast centralnie przechowywać informacje o projektach realizowanych w różnych miejscach Polski, będzie je trzymała w miejscu, gdzie projekt jest realizowany. Informatyków nie pytano o zdanie, bo w myśl powszechnie panującego wówczas (i dziś, niestety, też) przekonania oni mają robić, co management każe. Zasoby informatyczne przeniesiono, ale nic nie zmieniono w strukturze organizacyjnej, zakładając, iż "jakoś to będzie". Nie było. Żałuję, że nie widzieli Państwo tego na własne oczy, mogliby Państwo sami ocenić, czy należało się śmiać, czy płakać. Podjęcie każdej decyzji wymagało zaangażowania dwa razy większej liczby osób niż wcześniej, gdyż nie przekazano "mocy decyzyjnych" w dół. A w wyniku tak rozumianej decentralizacji danych te czynności, które wcześniej były uzgadnianie półgłosem na korytarzu, wymagały faksów, listów elektronicznych i rozmów telefonicznych. Reszty nie oglądałem, ale potem opowiadano mi, że po kwartale wszystko odkręcono, a odpowiedzialnością za bałagan obarczono dział informatyki.

A przecież można zdecentralizować nie tylko systemy informatyczne, ale także ludzi. Nie chodzi o to, żeby zmuszać dobrych fachowców do przeprowadzki w obawie, że na biuro firmy spadnie samolot. Chodzi o to, by ludzie realizujący zadania mogli w jak największym stopniu o nich decydować. Wtedy firma w przypadku jakichkolwiek nieprzewidzianych okoliczności zachowuje się jak Internet - działa może mniej sprawnie, ale bez przerw.

Trudno to pisać w czasie, gdy gazety donoszą o nowych fuzjach (ostatnio: HP i Compaq) i jeszcze sprawniejszej standaryzacji procedur (czytaj: ubezwłasnowolnianiu pracowników). Ja jednak wierzę, że tragiczne wydarzenia w Nowym Jorku skłonią do zastanowienia nad prawdziwą, nie tylko techniczną, decentralizacją przedsiębiorstw.


TOP 200