Druga strona długiego ogona

Pojęcie "długiego ogona" zostało spopularyzowane pięć lat temu przez Chrisa Andersona, redaktora naczelnego miesięcznika "Wired".

Najpierw w artykule, a potem w książce. Sztandarowymi przykładami były internetowe sklepy. Takie jak Amazon oraz Netflix, które mogły bez problemu trzymać na składzie mało znane książki oraz dawne filmy. Dzięki temu klienci zainteresowani niszowymi produktami mogli je kupić bez specjalnych zabiegów. "Długi ogon", oczywiście, zawsze istniał we wszelkiego rodzaju zbiorach towarów. Tyle tylko, że mało kto o nim wiedział. Dzięki internetowi potencjalnie każdy może teraz znaleźć coś dla siebie bez konieczności płacenia astronomicznych cen, wynikających z kosztów utrzymywania olbrzymiego magazynu przez małe sklepiki.

Ekonomia dużej skali przedsięwzięć rozpowszechniła się także w dziedzinie muzyki oraz programów komputerowych. Koszt utrzymywania magazynu cyfrowego zmierza do zera. Co roku można taniej kupić większe dyski oraz szybsze serwery. W praktyce, sprzedawca niezbyt dużych utworów, takich jak piosenka, dzwonek dla telefonu komórkowego albo program narzędziowy, które zajmują kilka megabajtów, może sobie pozwolić na trzymanie ich stale na składzie. W jakimś sensie cały internet jest jednym wielkim składowiskiem różności, w których klienci mogą przebierać do woli. Wydawałoby się więc, że jest to sytuacja, w której wszyscy wygrywają. A jednak analiza szczegółowych danych sprzedaży towarów z obszaru "długiego ogona" pokazuje, że jest on bardzo cienki. Sprzedaż kilku egzemplarzy książki, kilkakrotne wypożyczenie filmu w okresie miesiąca, załadowanie paru kopii piosenki lub programu przez cały kwartał, w żaden sposób nie zrekompensuje producentom kosztów wytworzenia. Nawet jeśli ustalą wysoką, zupełnie nie internetową cenę swych towarów. Na drugim końcu znajdują się oferujący produkty za darmo - w ich przypadku z założenia nie chodzi o sprzedaż, tylko o dotarcie do potencjalnych klientów, którym być może uda się sprzedać coś innego. Na przykład, koszulkę z logo zespołu muzycznego. Nawet ci szczęśliwcy, którzy nie oczekują zysków z dystrybucji "długiego ogona", mają poważny problem. Jest on wbudowany w definicję. Albowiem "długi ogon" to nic innego, tylko brak wystarczającej popularności.

Gdyby bowiem typowy towar "ogonowy" był popularny wśród klientów, to przestałby pałętać się w ogonie, tylko stałby się hitem rynkowym. W tym względzie internet, rzeczywiście, ułatwił poszukiwania rzadkich utworów. Ale praktyka sklepów, posiadających na składzie dziesiątki, a czasami nawet setki tysięcy obiektów, dobrze pokazuje istotę problemu. W jaki sposób, poza opłaconym pozycjonowaniem, "ogonowcy" mogą dotrzeć do mas? Ogon w żaden sposób nie może wywijać psem, czyli rynkiem, tylko jest do niego przyczepiony. Co gorzej, długi ogon ze swej natury musi być znacznie grubszy u nasady, bo inaczej bardzo prędko może się urwać. Mówiąc inaczej, coś co już jest bardzo popularne stanie się jeszcze bardziej znane. Właśnie dzięki "ogonowemu" rozkładowi.

"Długi ogon" stworzył iluzję, że każdy może być doceniony. Los wielu blogów oraz portali społecznościowych pokazuje, że bycie w ogonie jest bardzo frustrujące. Nikt nie lubi być mało znany albo mieć niewielu przyjaciół. Nawet jeśli może zaistnieć w internecie za darmo. Szczególnie w internecie. Samotność na ogonie jest znacznie gorsza niż jakakolwiek inna, gdyż jest wyrazista. Niestety, czasy "krótkich ogonków" już nie wrócą.