Drogi Wacku

Zapytam wprost i bez szacunku: co Ci odbiło???

Zapytam wprost i bez szacunku: co Ci odbiło???

W świąteczny poranek, czekając na samolot, skorzystałem z dostępu WiFi do Internetu na lotnisku i przeczytałem wywiad z Tobą w Gazecie Wyborczej pt. Informatycy - zawód do regulacji? (http://www1.gazeta.pl/wyborcza/1,34513,1837765.html ) oraz jakieś 379 wypowiedzi na forum czytelników, w tym kilka Twoich postów. Więcej nie zdążyłem, ale i ta porcja mi wystarczyła. Znamy się od czasów spotkań w redakcji Informatyki w starym gmachu telewizji i zawsze wydawało mi się, że jesteś rozsądnym człowiekiem. A tu taki numer! Nawet biorąc pod uwagę Twoje zastrzeżenie, że tekst nie był autoryzowany (to zdaje się nowa moda dziennikarska GW), w żaden sposób nie mogę zrozumieć, w jaki sposób mogłeś wpaść na pomysł urzędowego regulowania naszego zawodu. Mówię "naszego", choć przecież zdaje się robimy zupełnie coś innego: o ile wiem, Ty uczysz studentów, piszesz książki i prezesujesz PIIiT, ja zaś dorabiam ogonki, czyszczę myszki oraz usuwam wirusy. Na szczęście, według Twojej definicji załapię się na "uregulowanego" informatyka, więc pewnie mogę też zabrać głos w tej dyskusji.

Nie chcę powtarzać argumentów, którymi obrzucili Cię czytelnicy GW - masz tu sporo do przemyślenia. Uderzyło mnie jedno: podobnie jak w dyskusjach o kondycji zawodu lekarza i adwokata, ani razu nie padło podstawowe według mnie stwierdzenie o odpowiedzialności. Nie chodzi mi bynajmniej o odpowiedzialność inkorporowanych informatyków, lekarzy i adwokatów, ale o odpowiedzialność ciał ich certyfikujących. Tak się składa, że przez jakiś czas pracowałem jako główny informatyk zakładowy w firmie farmaceutycznej, która przygotowywała tzw. NDA (new drug application). To wtedy zrozumiałem, że wszelkie ciała powoływane przez rząd, nawet tak mało restrykcyjny jak amerykański, są czymś absurdalnym. Czy wiesz, że aby nowe lekarstwo zostało dopuszczone do badań, a potem na rynek, to zgłaszający musi zapłacić 5 milionów dolarów? Co za to otrzymuje? Ano nic! Jako konsument leków powinieneś jednak wiedzieć, że to nie FDA i polski odpowiednik, czyli Instytut Leków, odpowiadają za skuteczność medykamentów, tylko producent. Ba, dziś pewnie zwykła aspiryna nie zostałaby dopuszczona do użytku przez owe ciała, bo u małego procentu pacjentów wywołuje ona krwawienia żołądka. Tak przy okazji: łykaj codziennie aspirynę, ustrzeże Cię od nieuchronnego zawału...

Zapytasz, a co aspiryna ma wspólnego z informatyką? Ano tyle, że wymyślone i reklamowane przez Ciebie świadectwo moralności informatycznej nie będzie w żaden sposób podparte odpowiedzialnością Izby je wydającej, tak samo jak nikt poza wytwórcą nie odpowiada za aspirynę. Chyba że PIIiT ubezpieczy się na miliony - życzę powodzenia w poszukiwaniu ubezpieczyciela oraz funduszy na koszt polisy. Wszelka prawdziwa władza, o czym często gęsto zapominamy, niesie ze sobą odpowiedzialność. Jestem pewny, że Prokom będzie miał kilkudziesięciu "prawdziwych" informatyków z certyfikatem. Czy jeśli kolejne udane wdrożenie systemu przez tę firmę zakończy się tak samo jak poprzednie, to PIIiT wypłaci odszkodowanie?! Bez tej konsekwencji nie widzę powodu istnienia certyfikatu. Każda ze 180 firm, które są członkami Izby przez Ciebie kierowanej, i tysiące innych, które do niej nie należą, mają większe możliwości niż PIIiT dawania satysfakcji swym klientom, i to nie tylko satysfakcji honorowej. Według kodeksu Boziewicza tę ostatnią dawać mógł każdy, kto miał maturę. Możesz więc przysłać mi swoich zastępców honorowych, bo egzamin dojrzałości zdałem w roku 1971. Tylko proszę, nim to zrobisz, pomyśl, czy warto pojedynkować się o poroniony pomysł...