Dożywotni ekspert

Z powodu zainteresowań elektroniką już w czasach licealnych - niezupełnie zasłużenie - przypięto mi etykietę eksperta w tych sprawach. Efektem były nie kończące się prośby o naprawę lub asystę przy zakupach a to radia, a to telewizora, gramofonu czy pralki. W którymś momencie lista ta objęła również komputery.

Z powodu zainteresowań elektroniką już w czasach licealnych - niezupełnie zasłużenie - przypięto mi etykietę eksperta w tych sprawach. Efektem były nie kończące się prośby o naprawę lub asystę przy zakupach a to radia, a to telewizora, gramofonu czy pralki. W którymś momencie lista ta objęła również komputery.

Z jednej strony taki wyraz zaufania społecznego (bo chyba można to tak nazwać?) mobilizuje do pozostawania na bieżąco, z drugiej - rola takiego eksperta była i jest beznadziejnie samobójcza. Bo co tak naprawdę można sprawdzić przy zakupie? Świeci? Świeci. Gra? Gra. Nie ma rys i pęknięć? Nie ma. I to wszystko. I co taki ekspert może za to, że produkt renomowanej, światowej firmy przestał świecić albo grać już w pierwszym dniu używania? Jaki miał na to wpływ? No tak, ale był przecież przy zakupie!

Kiedyś to chociaż wybór był niewielki, instrukcje obsługi szczegółowe, a personel wiedział co nieco o tym, co sprzedawał.

Latem tego roku, w dużym sklepie specjalistycznym nikt z personelu nie potrafił udzielić mi podstawowych informacji o charakterystyce sprzedawanego sprzętu, takiej jak liczba programów ("będzie chyba ze sześćdziesiąt..."), zakres częstotliwości, różnice między poszczególnymi modelami czy dostępne funkcje. Gdy, niechętnie, udostępniono mi instrukcję obsługi, okazało się, że i tam brak niektórych podstawowych informacji. Bałamutne bywają też ulotki reklamowe. Z tego, co ostatnio dostaję na wycieraczkę przed drzwiami, wynika, że np. jeden z magnetowidów ma raz - 2, a raz - 4 głowice (w katalogu producenta, w Internecie, zawsze tylko dwie), a każda niemal wieża jest hi-fi.

W innym podobnym sklepie, oglądając to, co na półkach, słyszałem instruktaż udzielany przez szefa (?) nowemu pracownikowi. Sprowadzało się to do różnic w cenach i konieczności sprawdzania ceny na fakturze za dostawę, gdyż bywa, że identyczne urządzenia różnie kosztują, w zależności od dostawcy. Konkluzja była taka: jeśli nie będziesz wiedział, jak coś włączyć, to kogoś zapytasz, ale gdy się pomylisz z ceną, to sam zapłacisz...

Pozornie, ale tylko pozornie, lepiej jest w sklepach z komputerami: pracujący tam młodzi ludzie sami na ogół są entuzjastami tej dziedziny. Cóż z tego jednak, że z tego powodu demonstrują swą wyższość, przemawiając do klienta z użyciem skrótów i żargonu. Poza tym nie przyjmują do wiadomości, czego sami nie doświadczyli, i nie lubią klientów, chcących rozbudować sprzęt sprzed lat.

W kilkunastu (!) sklepach w Poznaniu wmawiano mi przed paroma miesiącami, że pewien model jest dostępny tylko w wersji kolorowej, mimo że producent twierdził co innego. Wersję z czarnym bez trudu dało się kupić w niewielkim sklepiku na peryferiach...

Różnica między personelem obu rodzajów sklepów ujawnia się, gdy zjawia się posiadacz starszego rodzaju sprzętu: personel sprzedający sprzęt radiowy i telewizyjny może i nie ma najlepszej wiedzy, ale nie pozwoli sobie na ironiczne uwagi lub pełne litości spojrzenia, jakimi, w związku z wiekiem posiadanego sprzętu i oprogramowania, częstuje się klienta niektórych salonów komputerowych. Podobnie jest, gdy żąda się czegoś, czego akurat w sklepie nie ma.

Po co więc komu ekspert? Zakup rzeczy o większej wartości stanowił i stanowi stresujące przeżycie, w trakcie którego łatwiej o popełnianie głupstw. Zadaniem eksperta jest w tej sytuacji chłodny stosunek do sprawy i zachowanie trzeźwości spojrzenia. A w ogóle, kto raz pozwolił mianować się ekspertem, to chociażby każdy zakup nie świecił i nie grał już przy pierwszym włączeniu, dożywocie w roli eksperta i tak ma gwarantowane.


TOP 200