Dosyć wolności

Czasami gra słów w powiązaniu z powierzchowną wiedzą daje dosyć dziwaczne efekty, skutkujące tym, że dwóch ludzi nie potrafi znaleźć wspólnego języka na jakiś podstawowy temat. Więc nie ma się co dziwić, że większość spraw idzie tak topornie.

Pewnego razu Lokalny Informatyk udał się na zlecenie zewnętrzne w celu wykonania analizy przedwdrożeniowej u klienta. Klient okazał się sympatycznym gościem, na wstępie częstującym kawą i fajkami, więc szybko zadzierzgnęła się między nimi nić porozumienia i zanim przeszli do meritum sprawy, już mówili sobie po imieniu. Niestety, ta nić porozumienia dotyczyła chyba tylko sfery ogólno towarzyskiej, bo w sensie merytorycznym było znacznie gorzej.

"A co myślisz o wolnym oprogramowaniu?" - Lokalny powoli kierował rozmowę na tory zawodowe i komercyjne, bo czas najwyższy było przejść do czegoś, z czego się żyje. "Nie bardzo je lubię. Wiele razy zetknąłem się z nim przy różnych okazjach i zachowywało się też różnie. Myślę, że zależy to od sprzętu i zastosowań. W jednych okolicznościach może to wystarczyć, w innych nie. Dajmy na to, jeśli sekretarka się spieszy i musi w tym momencie przynieść szefowi na biurko jakąś analizę, a tu oprogramowanie się ślimaczy, to można wyjść z siebie. Na tych stanowiskach, gdzie tempo nie odgrywa roli, może się i sprawdza, ale tam, gdzie chodzi o szybkość, to zupełnie nie" - Klient wyjaśnił swoje widzenie tematu. "A co ma wolność do szybkości?" - jak zwykle celnie zripostował Lokalny. "Jak to co? Wolne jest z definicji wolne. Na przykład taka antylopa gnu jest znacznie wolniejsza od geparda czy lamparta. Wiadomo więc, dlaczego licencje wolnego oprogramowania są GNU a nie LAMPART na przykład" - Klient wyłożył na stół to, co miał najcenniejszego, czyli tok swego rozumowania. "Nie! Wolne jest wolne, ale nie znaczy powolne! Wolne, to inaczej otwarte!" - prostował Lokalny. "Jakie tam otwarte? Zawsze mówię, żeby nie zostawiać otwartej aplikacji w komputerze, bo ktoś niepowołany może z tego skorzystać. Nawet i mi się kiedyś zdarzyło, że zostawiłem otwarty arkusz kalkulacyjny, a kot akurat wszedł na klawiaturę i zrobił się ambaras. Jestem więc gorącym orędownikiem oprogramowania szybkiego i zamkniętego. Wolne i otwarte niech sobie zostanie dla amatorów" - zawyrokował Klient.

Ciekawe, co ten klient powiedziałby na otwartą licencję oprogramowania komercyjnego, znaczy się nie wolnego i nie otwartego. Czy w jego rozumieniu w ogóle można te sprawy pogodzić? Zawiła zrobiła się ta informatyka. A taka miała być pomocna przy podejmowaniu decyzji.