Dostępność za niedostępność

Informatyka z każdym rokiem staje się coraz dojrzalszą dziedziną. Błyskawiczny rozwój technologii internetowych daje wszystkim niesamowitą wygodę życia.

Informatyka z każdym rokiem staje się coraz dojrzalszą dziedziną. Błyskawiczny rozwój technologii internetowych daje wszystkim niesamowitą wygodę życia.

O każdej porze dnia i nocy, bez wychodzenia z domu, możemy dowiedzieć się, co słychać w świecie, zapłacić rachunki, zrobić zakupy (przynajmniej część z nich, np. książki, płyty, artykuły przemysłowe, sprzęt i AGD). On-line, przez całą dobę, dostępne są komunikatory internetowe, jak Gadu-Gadu czy Skype. Aby zapewnić te wszystkie usługi w trybie 24x7, z dostępnością powyżej 99% przez okrągłą dobę, musi być utrzymywana cała infrastruktura: serwery, sieci, łącza telekomunikacyjne, aplikacje.

Tylko głupiec sądzi, że systemy utrzymują się same. Wszyscy, którzy kiedykolwiek pracowali w informatyce, wiedzą, że wysoka dostępność systemów jest wynikiem mrówczej pracy osób nimi zarządzających. Setki działań, których użytkownicy nie widzą - np. dodanie nowej przestrzeni dyskowej, upgrade do nowej wersji aplikacji, wykonanie kopii zapasowych, przełączenie zasilania - wymagają przerwania pracy systemu. Czynności te, w przypadku systemu działającego w reżimie 24x7, wykonuje się na ogół poza godzinami największego ruchu. Najczęściej - w weekendy, w święta i w nocy.

To, co oznacza wygodę dla użytkowników, jednocześnie jest problemem dla informatyków. Ani się obejrzeliśmy, a staliśmy się tzw. służbą utrzymania ruchu. Niczym kolejarze, policjanci albo pogotowie ratunkowe - w świątek i w piątek, a także w Boże Narodzenie, Sylwestra i długi weekend. Cena, jaką przychodzi nam płacić za tę zmianę, jest stosunkowo wysoka: mozolne uzgadnianie terminów urlopów (z ryzykiem, że w ostatniej chwili trzeba będzie z niego zrezygnować), wstawanie w środku nocy, by zareagować na awarię, przymusowa abstynencja podczas imprezy karnawałowej, nakaz wyjazdu na Sylwestra jedynie w promieniu godziny drogi od siedziby firmy itd. I stres towarzyszący zawsze i wszędzie, niczym wierny pies: czy wszystko działa?

Wysoka dostępność systemów oznacza więc niską "dostępność" mężów i żon, tatusiów i mamuś, którzy pracują przy bieżącym zarządzaniu systemami 24x7. Oczywiście można się do tego przyzwyczaić - ale zawsze oznacza to w życiu rodziny istotne ograniczenie.

Z drugiej strony, w przybywa specjalistów wysokiej klasy, którzy posiadają tak rzadkie i tak cenne umiejętności, że tylko niewielu klientów ma odpowiednie środowisko i dostatecznie dużo pieniędzy, żeby skorzystać z ich usług. Podróżują więc od klienta do klienta, od zadania do zadania. Z reguły ich czas pracy na miejscu jest niewiele dłuższy (albo i krótszy) od czasu podróży. Duża część życia upływa im w lotniskowych poczekalniach, hotelowych pokojach i barach oraz przy biurkach obcych ludzi w obcych firmach, gdzie akurat realizują zlecenie.

Oprócz dochodów netto istnieje jeszcze coś takiego jak jakość życia. Tygodnik The Economist bada ją dla poszczególnych miast, organizacja UNDP (jedna z agend ONZ) dla krajów. Ale czy ktoś buduje takie rankingi dla poszczególnych profesji? Albo - jeszcze lepiej - podprofesji poszczególnych zawodów, bo przecież informatyk informatykowi nierówny? Ale gdyby był, to wcale nie mam pewności, czy przedstawiciele naszego zawodu uplasowaliby się bardzo wysoko. Zarabiają co prawda nieźle, czego dowodzą kolejne raporty, ale ich odpowiedzialność, obciążenie fizyczne i psychiczne oraz poziom stresu są dość wysokie. A teraz dochodzi jeszcze "niedostępność osobista": cena, jaką płacimy za wysoką dostępność naszych systemów.

Warto, żeby o tym wiedzieli wszyscy, którzy zazdroszczą informatykom.