Donos na samego siebie

Doświadczam pracy w domu. Mam do zaprojektowania i wykonania rodzaj łącznika (po polsku interfejs) między różnymi bazami danych obsługiwanymi przez systemy, które nie są ODBC. Te stare rozwiązania, częściowo ze względu na przyzwyczajenia użytkowników, a głównie ze względu na oprogramowanie towarzyszące, postanowiliśmy uszlachetnić, zamiast zastąpić nowym. Cokolwiek to ODBC znaczy, w tym przypadku nie ma znaczenia. Ważne, że pracuję w domu.

Doświadczam pracy w domu. Mam do zaprojektowania i wykonania rodzaj łącznika (po polsku interfejs) między różnymi bazami danych obsługiwanymi przez systemy, które nie są ODBC. Te stare rozwiązania, częściowo ze względu na przyzwyczajenia użytkowników, a głównie ze względu na oprogramowanie towarzyszące, postanowiliśmy uszlachetnić, zamiast zastąpić nowym. Cokolwiek to ODBC znaczy, w tym przypadku nie ma znaczenia. Ważne, że pracuję w domu.

Moja kalkulacja była następująca: codziennie traciłem na przejazdy do i z pracy prawie dwie godziny. Inne czynności poranne, np. golenie, pucowanie, wiązanie krawata itp., to dodatkowo co najmniej pół godziny. Ponadto - nie licząc zdartych zelówek i opon - dojeżdżanie wraz z opłatami za parkowanie kosztowało mnie minimum 8 USD dziennie, tak więc zysk z pracy w domu wydał mi się aż nadto oczywisty. Przystałem więc na ofertę, aby przesiąść się z samochodu na modem. I taniej, i wygodniej, i szybciej.

Rzeczywiście, trasę z domu do "biura" pokonuję dzisiaj w ciągu kilku sekund i już w chwilę po przebudzeniu jestem - w zasadzie - gotów do akcji.

Stałem się przesadnie punktualny. Dawniej rozpoczynałem pracę ok. dziewiątej. Obecnie już o godzinie ósmej, a z reguły wcześniej łączę się z "biurem". Moja przykładna punktualność bierze się prawdopodobnie z egzystencjonalnego lęku i niejasnego podejrzenia, że gdzieś tam, jakieś wielkie oko śledzi moje zachowanie i sprawdza, jak się sprawuję. Przyznam, że nigdy wcześniej nie doświadczyłem takich niepokojów i dylematów. Godziny rozpoczęcia pracy i jej zakończenia zawsze traktowałem dość umownie, choć z reguły pracowałem więcej niż powinienem i to także w najciemniejszych latach PRL-u (i kto mi to teraz wynagrodzi, że o wstydzie nie wspomnę). Pracując normalnie, w biurze, nigdy nie przejmowałem się zanadto, że muszę wyjść, wyskoczyć tu i tam, także w sprawie prywatnej. Moi amerykańscy koledzy mówią o takich przypadkach MIA (missing in action) i w zasadzie jest to tolerowane, o ile nie występuje zbyt często, a praca, oczywiście, na tym nie cierpi.

Pracując w domu, nie potrafię siebie przekonać, że mogę od czasu do czasu być MIA. Kilka dni temu, mając do załatwienia jakieś głupstwo, postanowiłem wziąć pół dnia urlopu. Chałupnictwo pozbawia więc wielu zwyczajowych przywilejów i przyjemności, wynikających z przebywania w stadzie.

Do biura przychodzi się i zawsze o konkretnej godzinie wychodzi. W domu się po prostu jest. W domu rytm życia jest inny i w efekcie praca w nim, wyłączywszy przypadki nadzwyczajne, zawsze będzie rodzajem kompromisu z tym, co zwykle się w domu robi. Zawsze znajdzie się bowiem powód usprawiedliwiający czasowe przerwanie pracy. W efekcie pracuję ekstensywnie, siedzę dłużej, a czas tracony na dojazdy poświęcam teraz na coś innego, jak choćby na ten felieton, dobry film w telewizji itp. Praca - jak mi się wydaje - na tym nie cierpi, natomiast ja owszem. Źyję w galimatiasie i poplątaniu spraw zawodowych i prywatnych. Praca w domu odziera dom z prywatności i przestaje on być tym, co Anglicy określają jako "my home is my castle".

Jutro zakładam krawat i kończę z chałupnictwem.