Do zwrotu

Prawodawstwo wyraźnie nie nadąża za technologią. Może nie jest to nawet nienadążanie, ale brak przewidywania konsekwencji pewnych zapisów.

Jeśli zawieramy umowę na odległość, czyli np. przez internet, to mamy 10 dni na odstąpienie od niej. Możemy też na tej samej zasadzie zwrócić towar, który zakupiliśmy i nam nie odpowiada. Jedynym warunkiem jest to, aby towar był nienaruszony, czyli był nierozpakowany z oryginalnego opakowania (na przykład nośniki DVD). W przypadku zdalnej sprzedaży niematerialnego produktu cyfrowego nie występuje nawet problem naruszenia opakowania.

Lokalny Informatyk wpadł na niezły pomysł czerpania korzyści, w sumie legalnej w obliczu tych warunków. Otóż postanowił, że będzie kupował wydawnictwa cyfrowe, ale nie w trybie licytacji (tu prawo zwrotu nie przysługuje), tylko za ustaloną cenę. Dziesięć dni to aż nadto, aby przyswoić czy wręcz skopiować zawarty w wydawnictwie cyfrowym materiał. Tak więc kupił sobie jakiś kurs w postaci elektronicznej i przed upływem 10 dni wystosował notę do sprzedawcy, że odstępuje od umowy. Sprzedawca był zmuszony zwrócić koszty, a Lokalny odesłał nienaruszony plik tą samą drogą, którą go otrzymał. I w ten sposób bawił się w kotka i myszkę z dostawcami cyfrowych produktów, pozyskując darmo to kursy, to e-booki, to inne dobra ery cyfrowej. Wynika z tego, że zamiast sprzedawać produkty cyfrowe, lepiej chyba je oferować darmo.

W związku z ciągłym zaciskaniem pasa z powodu kryzysu, który - jak mówiono - jakoś do tej pory nas omijał, ale teraz już na pewno go mamy, ogranicza się koszty do absolutnego minimum. Lokalny twierdzi, że nie koszty powinno się obniżać, lecz zwiększać przychody. Ale to jego osobiste (i dosyć nierealne) stanowisko. Dyrekcja twierdzi wprost przeciwnie i tnie koszty, przede wszystkim w tak istotnych aspektach działania firmy, jak: sprzątanie powierzchni płaskich, ochrona obiektu, przydział bezpłatnych napojów oraz informatyka. Lokalnego dotknęły dwie ostatnie reperkusje. Ale to nie wszystko, jak się okazało. Otóż Dyrekcja zwiedziała się, że istnieje coś takiego jak darmowe oprogramowanie. Jest prawda w twierdzeniu, że gdy coś jest darmo, a więc łatwo dostępne, to się tego nie ceni. Dyrekcja wydedukowała, że skoro tworzą na świecie darmowe programy, to znaczy że Lokalny też może pracować za darmo. Przecież tamci to informatycy i on też informatyk. Takie same żołądki mają. Koniec końców doszło do pewnego kompromisu, bo Lokalny uświadomił przełożonych, że są także programy komercyjne. Policzono więc, jaki jest w firmie procentowy udział eksploatowanych jednych i drugich, i według tego wskaźnika obniżono Lokalnemu wynagrodzenie.

Niedługo okaże się, że wszystkie cyfrowe dobra są za darmo. Ci, którzy je wytwarzają, robią to za darmo, a wszystko i tak służy tylko i wyłącznie celom marketingowym napędzającym koniunkturę na produkty cyfrowe.