Do lekarza by się szło

W każdej sytuacji życiowej możemy być narażeni na skutki nieumiejętnych działań informatycznych, gdyż zbyt wielu administratorów robi co wie, a nie wie, co robi.

Aż się prosi o wprowadzenie obowiązkowych certyfikatów umiejętności zawodowych, bo bez tego skóra cierpnie, jeśli ktoś bardziej świadomy pomyśli, co może niedouczony informatyk nawywijać. To już nie żarty i nie przelewki, jak jeszcze bywało kilkanaście lat temu. Być może sytuacja nie dotyczy banków, gdzie istnieje ścisły nadzór i obowiązują procedury. Ale na przykład dane w szpitalnej bazie? Nie sądzę, aby w tego typu jednostkach kładziono szczególny nacisk na poprawność eksploatacyjną w zakresie systemów IT.

Na szczęście nasze szpitale są jeszcze słabo zinformatyzowane w zakresie dysponowania danymi zdrowotnymi pacjentów. Najczęściej w chwili obecnej komputeryzacja integruje się na poziomie administracyjnym, więc pacjenci mają z nią co najwyżej do czynienia przy planowaniu wizyt i zabiegów.

Lokalny Informatyk doznał załamania nerwowego, gdy w pracy zgubił (czyli zniszczył nieodwracalnie) część danych. Musiał leczyć się i udał się do neurologa, bo jakieś tiki na twarzy sprawiały, że w firmie ludzie podchodzili do niego jeszcze mniej poważnie niż zazwyczaj. A Dyrekcja miała z tego nie byle jaki ubaw, czego Lokalny ścierpieć już nie mógł. To, że dziewczęta dwuznacznie reagowały na jego drgającą powiekę, było do przeżycia, ale głupie i niedwuznaczne przycinki Dyrekcji - nigdy. Udał się więc do specjalistycznej przychodni przyszpitalnej. Zdziwiony nieco, że w rejestracji brak klientów, pomyślał, że to pierwsze przejawy wiosny spowodowały, iż ludzie, zamiast chorować, zażywają spacerów. A nowoczesny system komputerowy aż zapraszał do rejestracji: wybierz temat, wybierz specjalistę, naciśnij, idź z numerkiem do rejestracji. No i poszedł. Dowiedział się, że może przyjść w październiku, bo na ten rok limit przyjęć do neurologa wyczerpany.

Lokalny jest cierpliwy, poczekał więc do jesieni. W końcu do drgającej powieki można się przyzwyczaić, przynajmniej nie boli. Gdy jesienią ponownie pojawił się w szpitalnej przychodni, rejestratorka wyszukała w nowoczesnym systemie pierwszy dogodny termin wizyty, który przypadał już na marzec (widocznie emeryci rzucili się łapczywie na świeżą pulę, bo przecież zapisy na nowy rok dopiero się zaczęły). Ale jak się okazało, Lokalny nie miał skierowania, więc nie został zarejestrowany. Gdy pojawił się na drugi dzień ze skierowaniem, jedynym dogodnym terminem okazał się dopiero czerwiec. Lokalny pomyślał, że w końcu te trzy miesiące aż tak wielkiej różnicy nie zrobią. Gdy pojawił się w czerwcu na wizytę, okazało się, że nie ma go w kolejkowej bazie danych. "Musiało to się stać wtedy, gdy była awaria systemu" - poinformowały rejestratorki. Ponieważ obecnie wszystkie terminy były zajęte, kazano mu przyjść zapisać się w październiku. Lokalnemu wskutek tego zaczęła drgać dodatkowo druga powieka - ale to już ewidentnie z winy szpitalnego informatyka.


TOP 200