Dlaczego kocham Worda

Od razu, na wstępie, oświadczenie na temat tytułu dzisiejszego felietonu. Nie, to nie jest cienko zawoalowana ironia. Choć przed laty zdarzyło mi się napisać tekst pod tytułem "Dlaczego kocham Windows", który był oczywistą parodią* wyznań ludzi zakochanych.

Różnica jest zasadnicza: oba felietony napisano używając tytułowego Worda, ale nie pod Windows. Albowiem moja przygoda ze sztandarowym programem firmy Microsoft zawsze toczyła się na platformie makowej.

Kilka tygodni temu wspomniałem w blogu, że pomimo licznych błędów, wersja makowa jest moim podstawowym narzędziem pisarskim od ćwierć wieku. Z komentarzy zorientowałem się, że prawie nikt nie chciał mi wierzyć na słowo (żart nieprzypadkowy). Tymczasem, to moja toksyczna miłość. Z pierwszym maczkiem kolega przysłał mi z USA dyskietkę. Oczywiście piracką. To były czasy, gdy w PRL-u oprogramowania nie dało się kupić, szczególnie pod Mac OS. Co więcej, kolega ów wykazał się dużą zapobiegliwością, gdyż makowy Word 1.0 był zabezpieczany fizycznie - w folii dyskietki wypalano dziurkę. Ale oczywiście ludzie od razu wymyślili specjalne programy, które kopiowały obraz dyskietki sektor po sektorze i ów feralny, w którym była dziurka, zostawiały pusty, co skutecznie oszukiwało system. Jak widać z powyższego, ja też oszukiwałem system. Ale gdy tylko miałem okazję wejść w legalne posiadanie, to MS Word kupiłem. Była to wersja niemiecka. Jak widać, już od początku moje uczucia do programu były gorące i nawet różnice językowe nie były w stanie ich osłabić. Powód był bardzo prosty: to był jedyny program, który rzeczywiście pozwalał pisać długie teksty. Cóż z tego, że nigdy, nawet dzisiaj w -nastej wersji, Word nie pamięta, gdzie się ostatni raz, przed zapisaniem tekstu, zostawiło kursor. W krótkim felietonie (około trzech tysięcy znaków, Word liczy je bardzo starannie, ze spacjami lub bez) nie ma to znaczenia, ale w kilkusetstronicowej książce jak najbardziej. A mimo to udało się nam z kolegą taką książkę (z licznymi rysunkami) złożyć i wydrukować. Niestety, wiatr historii zmiótł był wydawnictwo, które miało ją opublikować i pozostał tylko wydruk. Ładnie oprawiony.

Miałem z Wordem swoje wirusowe 5 minut, albowiem był to jedyny program, który przenosił makro-wirusy pomiędzy platformami. To znaczy przenosił w jedną stronę - z platformy okienkowej na makową. Przez lata przyzwyczaiłem się trzymać zapasową kopię pliku normal.dot, tak na wszelki wypadek. Także dodawać do makowych plików rozszerzenie .doc - Word był i jest w praktyce jedynym programem przekraczającym widocznie (WYSIWIG) granicę między platformami. Szczególnie gdy załaduje się ten sam zestaw fontów, na co MS szczęśliwie pozwala. Makowy Word, w odróżnieniu od początkowych wersji DOS-owych, zawsze pokazywał dokładnie to, co będzie na wydruku. Dziś to oczywista oczywistość, ale kiedyś rozpaliła moje uczucia. Tym bardziej, że Word pozwalał na znacznie bardziej skomplikowane formatowanie tekstu, szczególnie naukowego (indeksy dolne i górne, wzory matematyczne) niż MacWrite. To był i jest standard, do którego porównywane są wszystkie programy do pisania. Bardzo duża odpowiedzialność. Tak duża, że Microsoft postanowił opuścić po cichu wersję trzynastą - czyżby racjonaliści z Redmont uważali, że początek drugiego tuzina może być feralny?!

Miłość do programu Word po dwudziestu pięciu latach przypomina mi nieco miłość starego małżeństwa: staruszkowie kochają się z przyzwyczajenia. Mam nadzieję, że program odwzajemnia moje uczucia...

* http://www.computerworld.pl/artykuly/23950/Dlaczego.kocham.Windows.html