Dlaczego Crusoe był szczęśliwy

Przeczytałem ostatnio książkę (ho, ho!) o przygodach Robinsona Crusoe, nie pierwszy już raz zresztą, z tą jednak różnicą, że tym razem po angielsku. Ot tak, aby kulturę języka obcego podnieść i oderwać się nieco od szarzyzny dnia powszedniego. Uporawszy się z tekstem angielskim (co za problem, skoro treść znana jest każdemu z lat młodości), owionął mnie klimat egzotycznych wydarzeń.

Przeczytałem ostatnio książkę (ho, ho!) o przygodach Robinsona Crusoe, nie pierwszy już raz zresztą, z tą jednak różnicą, że tym razem po angielsku. Ot tak, aby kulturę języka obcego podnieść i oderwać się nieco od szarzyzny dnia powszedniego. Uporawszy się z tekstem angielskim (co za problem, skoro treść znana jest każdemu z lat młodości), owionął mnie klimat egzotycznych wydarzeń.

Jakże szczęśliwy musiał być bohater powieści zrządzeniem losu osadzony na bezludnej malowniczej wyspie, gdzie jedyną troską było przeżycie w sprzyjających w miarę warunkach. Nie sztuka żyć szczęśliwie w krainie bez komputerów i bez ludzi - nie ma komu się sprzeciwiać, udowadniać swych racji, walczyć. Dla wielu obywateli rzecz nie do pojęcia - bo jakżeby utrzymali ciśnienie krwi na odpowiednim poziomie, gdyby nie codzienna dawka adrenaliny, wyzwalana z byle powodu w domu, sklepie, pracy. Chyba dlatego człowiek jest istotą uwarunkowaną społecznie i musi obracać się wśród pobratymców. A gdy brakuje towarzystwa, pozostają komputery, równie mocno działające na nerwy. Bo jakim cudem miałyby być balsamem dla duszy, skoro gdy tylko zaczyna się ich używać, stres rośnie zawrotnie. I teraz już wiem, dlaczego tak wielu praktykujących informatyków nie może wyzwolić się od nałogu palenia tytoniu, a ci, którzy usiłowali to zrobić, z kretesem przegrali. Jakoś muszą przytłumić swą odrazę, zasiadając do komputera, i wcale nie myślą, że szkodzą urządzeniom. Oni chyba chcą im szkodzić.

Wracając jednak do bezludnej wyspy i Robinsona, to chociaż kontaktu z ludźmi i elektroniką nie miał, to także pociągał z cybucha i nawet plantacyjkę tytoniową sobie zafundował. Miał chłopisko życie jak w raju. Przełożeni nad głową mu nie burczeli ani żona na małą pensję nie gderała. Ale najlepiej miał dlatego że spędził ponad ćwierć wieku za friko na takich wakacjach, na które większość z nas nie może sobie pozwolić nawet w wymiarze przysługującego ustawowo urlopu.

Robinson Crusoe był szczęśliwy, mogąc samodzielnie ustanawiać prawa na swojej wyspie. Wkomponował się w istniejącą przyrodę i nie musiał poznawać nie wiadomo jak skomplikowanej technologii, aby przeżyć. My, informatycy, mamy akurat odwrotnie. Uczymy się ciągle i uczymy tego, co tysiące innych ludzi zdołało ostatnio wymyślić. Nie stajemy się przez to wcale mądrzejsi życiowo, a nasza wiedza na temat otaczającego świata nie jest tym sposobem pogłębiana. Pomyśleć tylko, jak bezużyteczna stałaby się znajomość informatyki w zmienionych warunkach. A o to przecież nie tak trudno - wystarczy, że ktoś wyłączy prąd.