Damski trójkąt bermudzki

Zgadzam się z opinią, iż menedżerowie są zanadto obciążeni sprawami bieżącymi, których załatwianie zabiera im czas, energię, pomysłowość i entuzjazm dla problemów ważnych, strategicznych, długofalowych.

Zgadzam się z opinią, iż menedżerowie są zanadto obciążeni sprawami bieżącymi, których załatwianie zabiera im czas, energię, pomysłowość i entuzjazm dla problemów ważnych, strategicznych, długofalowych.

Nie mam też wątpliwości, że za dużo zajmują się biurokratycznymi szczegółami funkcjonowania firmy i swojej aktywności, np. wypełnianiem ankiet i formularzy, uzgadnianiem terminów itd. Ale zupełnie nie mogę zrozumieć, dlaczego za najlepszy sposób usunięcia tych ograniczających ich uciążliwości przyjęli metodę zatrudnienia armii sekretarek i asystentek. Czyli dodania sobie jeszcze jednego problemu społeczno-zawodowego w postaci osób, które i tak nic ważnego za nich nie załatwią (poza nielicznymi wyjątkami, przyznaję, że takowe panie istnieją). Przy takich rozmiarach nieformalnych więzi, kontaktów i zasad, jakie funkcjonują w naszych firmach - a mówi się, że zgodnie z najnowszymi trendami w modelach biznesu będzie ich jeszcze więcej - podrzędny, niesamodzielny pracownik nie jest w stanie zdecydować o hierarchii danej sprawy.

Ostatnio rozmawiałem z osobą przygotowującą ważne opracowanie na podstawie danych spływających z przedsiębiorstw. Przedsięwzięcie jest trudne, ciekawe, nowatorskie. A jednak naszą rozmowę zdominowały nie fascynujące problemy merytoryczne, lecz sprawy czysto techniczne. Mianowicie, że każde zapytanie - pisemne, elektroniczne lub ustne - adresowane do któregoś z menedżerów przedsiębiorstwa, wpada w biurokratyczny ciąg: recepcja ogólna, sekretariat pionu, sekretariat dyrektora, asystentka zarządu, asystentka menedżera. Same kobiety, a więc niezwykle skomplikowany układ współpracy i rywalizacji między nimi, popisów uroku (to akurat dobra rywalizacja) i inteligencji (też) wobec zwierzchników oraz schizofrenicznego rozdwojenia: załatwić sprawę petenta i zyskać jego wdzięczność czy potraktować z góry i nauczyć respektu? A jak doda się do tego całkowicie niejasny i niekonsekwentny podział kompetencji, brak systemu zarządzania dokumentami, przerosty biurokracji, to można zrozumieć, dlaczego mało która firma miała szansę zrobić dobre wrażenie, a dyrektor udzielić szybko i kompetentnie odpowiedzi. Zwykle totalnie ogłupiony strzępami informacji docierającymi do niego przez tę kobiecą zasłonę, najpierw próbował się dowiedzieć, co już powiedziała albo załatwiła jego asystentka.

A poważnie mówiąc, zasygnalizowanych na początku problemów menedżerskich nie rozwiążą pracownicy nie mający uprawnień do samodzielnego podejmowania decyzji. Podejrzewam, że zespoły asystencko-sekretarskie mają po prostu uspokoić sumienie dyrektorów, którzy boją się delegować uprawnienia, mimo, że wielkość i rola firmy już tego wymaga.


TOP 200