Dajmy się uwieść marzeniom

Włączam komputer guzikiem pod stołem. Czarny ekran niepokoi. Czekam. Długo to trwa.

Włączam komputer guzikiem pod stołem. Czarny ekran niepokoi. Czekam. Długo to trwa.

Zerkam do notesu ze ściągą. Tak ma być. Wreszcie anonsowany charakterystycznym dźwiękiem ukazuje się kolorowy napis. Za chwilę pulpit ze zdjęciem wyspy. Piękna widokówka na ekranie przywołuje miłe wspomnienia z wakacji, łagodzi moje napięcie. Strzałką (kursorem) mam przesunąć się do lewego dolnego rogu i tam kliknąć (nacisnąć lewy przycisk myszki) na kulę ziemską z rudym liskiem. Nie mogę trafić, strzałka tańczy po ekranie i znika, pojawia się i znowu znika. Jeżdżę myszką po całym stole. W końcu trafiam w kulę ziemską. Ukazuje się tabela z poleceniami, jest ich stanowczo za dużo. Denerwuję się, klikam nerwowo na to, co się otworzyło. Pojawiają się następne tabelki, migają reklamy. Mój niepokój rośnie.

Postanawiam skończyć z tym na dzisiaj. Żeby to zrobić muszę najechać strzałką na samą górę, na kwadrat w lewym rogu. O nie! Jeszcze tego brakowało! Ekran wypełnia złowróżbna przestroga: "Twój komputer może być zagrożony!" Wpadam w panikę. Boże! Co ja narobiłam! Trudno, dzwonię do córki, mojego niecierpliwego nauczyciela: "Zrobiłam coś, nie wiem co, że ukazało mi się coś takiego, że nie wiem, co z tym robić." "Spróbuj jeszcze raz" - stanowczo żąda ode mnie wytrwałości młoda osoba, dla której obsługa komputera nie stanowi problemu. Czuję się jak mała, zrozpaczona dziewczynka. "Mamo, przestań histeryzować, skup się i pomyśl, przecież pokazywałam ci, zapisywałaś to nawet w notesie." Zaglądam do ściągi pełnej znaczków, skrótów, poleceń zapisanych niewyraźnym, pośpiesznym pismem. Mam nacisnąć na jakieś ludziki, ale gdzie one są? Jeszcze coś tam próbuję, ale nie, to dla mnie zbyt trudne.

Poddaję się. W desperacji wyłączam komputer guzikiem pod stołem w nadziei, że nie wybuchnie. To było moje pierwsze samotne starcie z komputerem. Elżbieta Chojnicka, postać którą gram w serialu "Klan", surfuje swobodnie po Internecie, zapominając o bożym świecie. Romansuje nawet w sieci z kimś miłym, nie wiedząc, że to jej były mąż. Jak to robię ja, aktorka? Ano właśnie, po aktorsku oszukuję, a reszta należy do sprytnego montażysty.

Apeluję do wszystkich wrażliwych, którym przyszło uczyć innych. Bądźcie cierpliwi dla tych, którzy zadają głupie pytania, nie potrafią zapamiętać prostych funkcji, są rozkojarzeni i wszystkiemu się dziwią. Próbujcie jeszcze raz dotrzeć do tych "zakutych łbów". Zapewniam Was, że tępota początkujących ma granice.

Od pewnego czasu umiem już więcej, a zawdzięczam to wyjątkowemu nauczycielowi, Kubie Tatarkiewiczowi, naszemu przyjacielowi, który nie dziwił się moim pytaniom, cierpliwie słał mejle, nie czekając na odpowiedzi. Aż któregoś dnia usiadłam przed komputerem i napisałam: "Drogi Kubo, dziękuję ci za wszystko."

Kilkanaście lat temu w domu Krysi i Kuby Tatarkiewiczów usłyszałam po raz pierwszy o Internecie. Spacerowaliśmy po Broadway'u siedząc przed komputerem w ich warszawskim mieszkaniu. "Chcesz wiedzieć, czy są bilety na dzisiejsze przedstawienie «Romea i Julii»?" - zapytał podekscytowany Kuba, wchodząc na stronę teatralnych kas biletowych w Nowym Jorku. Były jeszcze cztery miejsca na balkonie. Przyrzekliśmy sobie wtedy, że kiedyś ja, mój mąż, Krysia i Kuba zarezerwujemy przez Internet bilety lotnicze Warszawa - Nowy Jork, także elegancki hotel niedaleko Broadway'u, bilety na musical, a potem stolik w romantycznej restauracji. Daliśmy się uwieść marzeniom. Wiele z tych marzeń już się spełniło i wiele jeszcze przed nami. Zaczęłam odpisywać na mejle.

Chociaż mój felieton w tym miejscu to Prima Aprilisowy żart, miło mi, że dzięki niemu mogę zaistnieć chociaż raz na łamach tego szacownego pisma.

Pozdrawiam serdecznie, Barbara Bursztynowicz.


TOP 200