Dać sobie w żyłę, czyli Spocko

Ostatnio napisałem kilka felietonów o zachowaniu prywatności, a raczej o braku konieczności utrzymywania tejże. Nawet zdecydowałem się, w ramach potwierdzania słów czynami, na upublicznienie wszystkich moich danych medycznych.

Zresztą nie ja jeden jestem taki otwarty, skoro ludziska ujawniają najbardziej intymne chwile swego życia na Facebooku lub w Naszej Klasie, głównie zresztą za pomocą frywolnych fotek. Akurat w tej dziedzinie nie mam co pokazywać, bo stara skóra nie wygląda dobrze. Co nie oznacza, że nie trzeba jej sprawdzać. Gdy się jest bladawcem pospolitym jak ja, to w południowej Kalifornii (z grubsza szerokość geograficzna Aleksandrii, czyli niedaleko Sahary) łatwo można dostać nowy otwór. Dlatego regularnie, co pół roku chodzę do dermatologa, gdzie oglądają mnie (dosłownie) od stóp do głów i mierzą linijką wszystkie pieprzyki. Jak na razie te ostatnie nie rosną.

Aby jednak dostać się do pana doktora, trzeba od niedawna już na wejściu, w tzw. rejestracji (choć tę od dawna robi się elektronicznie, poprzez internet) położyć rękę na czymś, co wygląda jak plastykowy kubek z grabkami. Palce wchodzą między nie, a od spodu, na dnie pojemnika, jest czytnik. Początkowo podejrzewałem, że to inna forma badania odcisków palców, czy raczej linii życia. W domu sprawdziłem, że system PatientSecure korzysta z urządzenia PalmSecure firmy Fujitsu. Urządzenie czyta, prawdopodobnie za pomocą podczerwieni, rozkład żyłek w dłoni. Jest to bardzo wyrafinowany sposób sprawdzania tożsamości pacjenta, bo nie da się łatwo podrobić żywej ręki. Obcięcie palca, które załatwia czytniki daktyloskopijne, nic tu nie pomoże. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie parametry skanera: MTBF na poziomie 94 lat oraz czas pracy urządzenia 5 lat. Czyli średnio żadnego błędu do czasu, gdy czytnik trzeba będzie wymienić. FAR (false accept rate) wynosi 0,00008% (8 stotysięcznych procenta), zaś FRR (false reject rate) tylko 0,01%. Znaczy się, łatwiej być fałszywie odrzuconym niż zaakceptowanym.

Pozostaje pytanie, po jaką cholerę tak dbać o moją prywatność, skoro pan doktor, jego asystentka oraz zapewne kilku innych pracowników zakładu ma dostęp do moich danych? Oczywiście można powiedzieć, że firma dba o to, by nie zbadał się w niej ktoś inny poza pacjentem, który jest ubezpieczony. Oglądanie całego ciała trwa jakieś 15 minut i jak wynika z rachunku, który zapłaciła firma ubezpieczeniowa, kosztuje $137. Całkiem dobry interes, sam chętnie za takie pieniądze pooglądałbym to i owo na żywo, szczególnie owo, zamiast delektować się tylko fotkami rozebranych panienek (chłopcy jakoś mniej mnie rajcują) w portalach społecznościowych. Zakład opieki medycznej bardzo podkreśla, że dba o prywatność swoich pacjentów, ale właściwie w imię czego? Co złego może wyniknąć dla mnie z faktu, gdy okaże się, iż mam jednak raczka gdzieś na skórze? Jeśli usuną mi końcówki uszu (najbardziej narażone miejsce), to i tak każdy zobaczy, że przypominam Spocka (dla tych, którzy nie są amatorami Star Treka, Spock to Vulcan, który ma szpiczaste uszy). Co tu ukrywać???

Jestem pełen podziwu dla technologii firmy Fujitsu, chętnie widziałbym ją wdrożoną na przykład w moim banku. Ale tam, jak na złość, wcale, ale to wcale nie przejmują się moją prywatnością, ani tym bardziej bezpieczeństwem moich pieniędzy. Zupełnie wystarcza im czterocyfrowy PIN karty bankowej. Znaczy się, zdrowie jest prywatne, kasa raczej nie. Czy to już jest socjalizm?!


TOP 200