DOSkona(lenie) samego siebie

Swego czasu w felietonie 'Dlaczego kocham Windows' (Computerworld nr 23 z 1997 r.) przyznałem publicznie, że nie kocham Windows. Jak to często w życiu bywa, przyszło mi jednak żyć z niekochaną osobą. Nie miałem wyboru. W firmie, gdzie opiekuję się siecią, zakupiono bowiem system finansowy i byłem zmuszony zainstalować kilka stacji pecetowych pod Windows NT oraz takiż serwer.

Swego czasu w felietonie 'Dlaczego kocham Windows' (Computerworld nr 23 z 1997 r.) przyznałem publicznie, że nie kocham Windows. Jak to często w życiu bywa, przyszło mi jednak żyć z niekochaną osobą. Nie miałem wyboru. W firmie, gdzie opiekuję się siecią, zakupiono bowiem system finansowy i byłem zmuszony zainstalować kilka stacji pecetowych pod Windows NT oraz takiż serwer.

Na początku wydawało mi się, że to brak mego doświadczenia powoduje, że nie wiem, jakie IRQ trzeba przydzielać karcie sieciowej oraz co to jest gateway. Po pewnym czasie i przeczytaniu kilku mądrych książek zrozumiałem, że trafiłem w inny świat. Jest to świat masochistów. Wszystko pod Windows można wykonać na co najmniej trzy sposoby, ale jak się chce zrobić szybko, to nic nie działa.

Pomny własnych ograniczeń, raz zainstalowawszy oprogramowanie, starałem się komputerów nie tykać. Owszem, uaktualniałem definicje wirusów w Norton AntiVirus, instalowałem nowsze wersje oprogramowania (jak Eudora Pro 4.1), a nawet ośmieliłem się ustawić serwer, aby widziały go Macintoshe. Ba, posunąłem się tak daleko, że zmodyfikowałem klucz definiujący maksymalną wielkość partycji makowej. Żyłem jednak w świadomości, że bomba tyka.

Poczułem się trochę pewniej, gdy okazało się, że CD-RW, który wmontowałem do serwera, pozwala wykonywać kopie bezpieczeństwa. Dzięki CD-R nasz kontroler finansowy mógł odzyskać kilka plików "przez pomyłkę" usuniętych z dysku. Nie miałem wątpliwości. Makowiec może żyć z Windows NT.

Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie fakt, że w swej wspaniałomyślności Microsoft postanowił uaktualnić szybko starzejącą się wersję 4.0 NT. Jak wiadomo, nie będzie Windows NT 5.0, tylko Windows 2000, co podobno ma podkreślać ich uniwersalność (?). Przez najbliższy rok pozostaniemy jednak przy 4.0 z Service Pack 4. Trzeba go tylko zainstalować.

Już po trzech dniach udało mi się połączyć z serwerem MS i załadować aplikację, która pozwala on-line uaktualnić system. Mamy dostęp do częściowej T1, więc kopiowanie ponad 6 MB SP4 nie trwało długo. Zacząłem uaktualnianie od komputera, który stał przez pewien czas nie używany - pomyślałem sobie bowiem, że jak się coś stanie, to zawsze mogę go przeinstalować.

Wykrakałem sobie to instalowanie, oj wykrakałem! Po dwu dniach frustracji i oglądania tzw. niebieskiego ekranu śmierci z uwagą, bym w razie problemów porozmawiał z zakładową pomocą techniczną (tj. ze sobą samym), wszyscy wokoło mnie chodzili na palcach i pytali, dlaczego ciągle przywołuję jakieś krzywe. Trzeciego dnia wykonałem czystą instalację systemu. Eureka! Okazało się, że dodatkowe oprogramowanie, używane do drukowania via AppleTalk i kontaktu z serwerem AppleShare, ma drobny błąd, który jednak powoduje timeout instalacji SP4 w momencie ustawiania tzw. aktywnego biurka.

Dopiero jednak w trakcie instalowania łaty zgodności z SP4 do PC MacLAN zrozumiałem, że Windows to w dalszym ciągu nakładka na DOS. Aby podmienić kilka bibliotek .dll, trzeba w Command Line zmienić ich nazwy. To się po prostu nie mieści w głowie. DOS jak żywy, łącznie z instrukcją REN. A ja myślałem, że mam do czynienia z nowoczesnym systemem operacyjnym...

W ramach kuracji odwykowej po NT zacząłem próbować Linuxa w VirtualPC na domowym Macintoshu. Na razie jestem na etapie instalowania sterownika CD-ROM - pod DOS-em. Widać taki już mój los, że od DOS-u nie ucieknę...