Czy chcecie się rozwijać?

W poprzednim felietonie próbowałem ukazać, że branża komputerowa w Polsce, jeśli ma się rozwijać na miarę swoich możliwości, powinna mieć własną instytucję obsługi bankowej. Że powinna, innymi słowy, stworzyć coś, co uwolniłoby ją od zdzierczych opłat manipulacyjnych, ściąganych obecnie przez banki za prowadzenie rachunków (nasze banki mają bardzo wysokie koszty własne!), coś, co dzięki obrotowi bezgotówkowemu tworzyłoby rezerwy finansowe, a zarazem zapewniło dostęp do taniego i szybkiego kredytu.

W poprzednim felietonie próbowałem ukazać, że branża komputerowa w Polsce, jeśli ma się rozwijać na miarę swoich możliwości, powinna mieć własną instytucję obsługi bankowej. Że powinna, innymi słowy, stworzyć coś, co uwolniłoby ją od zdzierczych opłat manipulacyjnych, ściąganych obecnie przez banki za prowadzenie rachunków (nasze banki mają bardzo wysokie koszty własne!), coś, co dzięki obrotowi bezgotówkowemu tworzyłoby rezerwy finansowe, a zarazem zapewniło dostęp do taniego i szybkiego kredytu.

Rozumiem w pełni wątpliwości, czy wielkie firmy rzędu Optimusa, który samodzielnie inwestuje w telekomunikację, będą tym zainteresowane. Bo po co miałyby swoimi obrotami służyć pomocą mniejszym, i to czasem - konkurentom?

Odpowiem: wielkie firmy muszą po prostu rozważyć, ile je kosztuje obecnie obsługa bankowa, a wtedy wykalkulują, czy opłaci się własna instytucja, funkcjonująca taniej.

Czy naprawdę taniej? Tak, bowiem nie chodzi o powstanie jeszcze jednego banku depozytowo-kredytowego czy lokacyjnego ("inwestycyjnego" w nomenklaturze amerykańskiej; nasz bank centralny, uczący się wszystkiego od nowa, przeniósł ją na nasz grunt, tworząc Polski Bank Inwestycyjny - zresztą niepotrzebny przy zasadzie uniwersalności naszych banków).

Idzie tu o związek kredytowy, oparty na przedstawionych przed tygodniem zasadach, które około 150 lat temu obmyślił pionier takich organizacji, Niemiec Schulze, dla drobnego kredytu: kredyt tylko dla członków, tani dzięki niskim kosztom obsługi - jako cel instytucji. Nadwyżki bilansowe - tylko jako sprawdzian sprawności instytucji, nie jako cel (dlatego zresztą są to zarówno w Europie, jak i w USA organizacje non-profit!).

I nie chodzi tu o drobny kredyt, natomiast o kredyt TANI i szybki, o którym decydują ludzie dobrze znający każdego z członków stowarzyszenia kredytowego. Schulze rozumował prosto - każdy ma przez określony czas jakieś wolne pieniądze, które nie pracują, a ich umieszczenie w banku na krótki okres pociąga za sobą jedynie koszty. Nie wszyscy naraz potrzebują pieniędzy (inaczej niż w rolnictwie, gdzie sezon uprawowy wyznacza terminy popytu na gotówkę i wzrostu rezerw). Opłaca się więc trzymać je we wspólnej kasie stowarzyszenia, gdzie po drodze mogą "pracować", mnożąc się dzięki udzieleniu na ich poczet krótkoterminowego kredytu komuś innemu.

Oczywiście, CAŁA branża - która ma przecież swoją Izbę Telekomunikacji i Informatyki - musi zdecydować, czy w ogóle chce się rozwijać. Musi też zastanowić się, czy chce swoimi pieniędzmi wspomagać inne branże zamiast swojej.

Powinna też zastanowić się nad swoimi rynkami - by dojść do wniosku, że jej możliwości na rynku są wręcz nieograniczone. Perspektywy te powinna omówić wspólnie w jakichś zamkniętych gronach. Bo tylko wtedy odkryje, że perspektywą nie jest wzajemne wyrzynanie się na rynku, lecz umiejętna współpraca. I to nie na zasadzie zmowy kartelowej, bo na tak dynamicznym rynku nie da się długo utrzymać pozycji kartelu; na zasadzie dalekowzrocznego programu ekspansji. Tak, żeby zagranica lokowała w Polsce produkcję podzespołów, żebyśmy nie sprowadzali pecetów z Azji, tylko, by powstawały one w Polsce, żeby stąd szły tanie peryferia, żeby potężne firmy software'owe szukały współpracy z polskimi firmami jako instytucje fachowe w marketingu na rynkach światowych, a nie drenowały tylko naszego rynku tańszych mózgów, żeby drogi, wysoko kwalifikowany software dla wyspecjalizowanych systemów rodził się tu, a nie za granicą.

Że nie ma warunków prawnych dla powstania takiego związku kredytowego? Zgoda, prawo dla tzw. spółdzielni kredytowych, uchwalone przy okazji prezentu dla BGŻ z naszych kieszeni, kieszeni podatników, zawiera podstawowe bzdury z punktu widzenia zasad Schulzego, przyjętych przez cały świat. Ale jest inna furtka... I ktoś ją musi otworzyć.

O czym - za tydzień.


TOP 200