Czas przyszły (nigdy) nie dokonany

Dzieci poszły do szkoły, czyli mamy koniec wakacji. Ile jednak jest dzieci, które do szkół już nigdy nie wrócą?

Dzieci poszły do szkoły, czyli mamy koniec wakacji. Ile jednak jest dzieci, które do szkół już nigdy nie wrócą?

A nie wrócą, bo żyjemy w dziwnym kraju kiepskich dróg i jeszcze gorszych kierowców, którzy jeżdżą po nich tak, jak gdyby były najlepsze na świecie. Którzy przez cały rok stają na głowie, aby zapewnić swym pociechom wszystko co najlepsze: poziom życia, wykształcenie i karierę. A potem przychodzą wakacje i wraz z nimi dziwny amok, który tym samym zapobiegliwym rodzicom każe pędzić przez pół Polski albo Europy, nieustannie i bez potrzeby, narażając zdrowie i życie tych, o których wszelakie dobro przez cały rok tak zabiegali.

Dla mnie, w tym, felietonowym miejscu, koniec wakacji oznacza koniec wycieczek na manowce literatury, co czytelnicy przyjmą i z ulgą (niewielka większość), i z żalem. Jeszcze gwoli lektur - udało mi się niedawno pobić życiowy rekord: mimo że już wiosną radykalnie ograniczyłem zakupy tzw. tygodników ogólnospołecznych, dorobiłem się równo rocznych zaległości. Ma to jednak tę zaletę, że tygodniki sprzed roku czyta się dwa, a nawet trzy razy szybciej, co jest też miarą (kiepskiej) ponadczasowości tego, co się tam pisze.

Podkreślam jednak, że sprawa dotyczy tylko tygodników, któ- re nazwałem ogólnospołecznymi, gdyż macierzysty Computerworld czytam nie tylko na bieżąco, ale i z pewnym wyprzedzeniem, gdyż każdorazowo jeden z felietonów znam zanim jeszcze zostanie wydrukowany.

Wakacyjne wycieczki literackie mają jednak swą cenę - nie ukrywam, że z trudnością przyszło mi nie zająć się natychmiast po ujawnieniu sprawą skandali gospodarczych i - jak to pięknie nazwano - "twórczej rachunkowości" w Stanach Zadowolonych (pozostałość po niedawnej lekturze Hrabala).

Gdy w początkach tego, co dziś określa się mianem kariery, pracowałem przez jakiś czas w rachunkowości, czasem pod koniec roku dokonywano przesunięć, ale tylko pod względem momentu wprowadzenia do ewidencji, między zapasami materiałów, produkcją w toku, wyrobami w magazynie i sprzedażą, aby uzyskać dla załogi pełną i maksymalną wysokość tzw. trzynastej pensji (maksimum to stanowiło jedną pełną pensję miesięczną - jedną jednak i dla woźnego, i dla dyrektora). W porównaniu z tym, co działo (dzieje?) się w USA, były to zabawy w piaskownicy.

Co roku w USA bankrutują tysiące przedsiębiorstw różnej wielkości. Okazuje się, że jednak i pod tym względem są tam równi i równiejsi. Gdy dochodzi do groźby, że wyłączą prąd, gaz lub Internet, bankruci działają nadal, korzystając zarazem z prawnej ochrony przed wierzycielami. Interweniują rządy, co najlepiej było widać w Europie po ogłoszeniu bankructwa KPNQwest. Najpierw, wobec groźby wyłączenia Internetu w znacznej części Starego Kontynentu, wszystko działało normalnie. Potem załoga wychodziła, ale zostawiała wszystko włączone i też jakoś się toczyło. Potem zachęcana przez rząd załoga wracała, by po kilku godzinach bądź dniach znów zostawić wszystko własnemu biegowi.

Zdecydowanie jednak i bardziej twórcze, i bezpieczne, na co zwrócił moją uwagę jeden z kolegów (L. K. - dziękuję i pozdrawiam!), jest uprawianie tzw. zmian. Nieustające zmiany i reorganizacje pozwalają maskować nieudolność, przekroczenia kosztów i budżetów oraz permanentne niewykonywanie zadań w zamierzonym stopniu i zakresie. Po prostu - zanim nadejdzie moment ocen i rozliczeń, dzieli się coś albo łączy, by to, co podzielono, niebawem znów połączyć, a co połączono podzielić, ale tak, by nigdy nic nie wracało do porównywalnego stanu z przeszłości, wisząc ciągle w takim nieustającym czasie przyszłym, nigdy nie dokonanym.


TOP 200