Czas na deser

Są książki, które uwielbialiśmy jako dzieci i lubimy jako dorośli. Modelowym wręcz przykładem takiej literatury są dla mnie powieści o Mikołajku autorstwa spółki Sempé-Goscinny. Jako dziecko lubiłem w nich łobuzerską fabułę, dowcipne rysunki i grubą kreską narysowane postaci, jak łakomczuch Alcest, niezdara i kujon Ananiasz albo syn małomiasteczkowego burżuja Godfryd. Jako dorosły lubię je za "oko", które puszczają do tatusiów i mamuś.

Są książki, które uwielbialiśmy jako dzieci i lubimy jako dorośli. Modelowym wręcz przykładem takiej literatury są dla mnie powieści o Mikołajku autorstwa spółki Sempé-Goscinny. Jako dziecko lubiłem w nich łobuzerską fabułę, dowcipne rysunki i grubą kreską narysowane postaci, jak łakomczuch Alcest, niezdara i kujon Ananiasz albo syn małomiasteczkowego burżuja Godfryd. Jako dorosły lubię je za "oko", które puszczają do tatusiów i mamuś.

Każdy, kto zna "mikołajki", pamięta też pewnie, że dla głównego bohatera nie było gorszej kary niż pozbawienie deseru. Deser w oczach (i także w żołądku) Mikołajka stanowił ukoronowanie dnia i zasłużoną nagrodę za trud całodziennej nauki i zabawy.

W pełni podzielam pogląd Mikołajka na kwestię deseru. Tym bardziej przykro, kiedy czytam arbitralne stwierdzenia z amerykańskich uniwersytetów, że deseru nie będzie. Mówię o artykule IT doesn't matter z Harvard Business Review, który odbił się szerokim echem w prasie, także polskiej. Najciekawsze w artykule Carra jest nie to, co pisze, ale przede wszystkim to, jak ogromny wywołał oddźwięk. Przeczytawszy go (kto nie chce płacić 7 USD w Amazon.com, niech sięgnie podhttp://rover.cs.nwu.edu/~surana/blog/extras/IT_Doesnt_Matter.pdf ), mam wrażenie, że amerykańska publicystyka jest do bólu przewidywalna. Kiedy indeks giełdowy wzrasta, naukowcy wieszczą "tryumf nowej gospodarki", która odtąd będzie trwała wiecznie, amen. Kiedy spada, do głosu dochodzą sceptycy mówiący o przeinwestowaniu.

Żeby nie być gołosłownym, wytknę autorowi kilka błędów. Porównywanie krzywej informatyzacji z krzywą rozwoju kolei w XIX wieku z daleka trąci manipulacją statystyczną (zawsze znajdzie się JAKAŚ krzywa, która pasuje do z góry założonej tezy). Rady na temat podejścia do informatyzacji ("wydawaj mniej", "podążaj za innymi", "skup się na zagrożeniach, nie szansach") skazują przedsiębiorstwo na trzecią ligę. Pozwolę sobie tylko przypomnieć, że z dziesięciu najbogatszych ludzi na świecie trzech (Gates, Allen, Ellison) zrobiło pieniądze na postępowaniu dokładnie odwrotnym, niż doradzałby im to redaktor naczelny Harvard Business Review (z pozostałej siódemki szóstka to dziedzice fortun, a nie ich twórcy). Carr, pisząc o tym, że 70% pasma w "typowych sieciach Windows" jest marnowane, nie wyjaśnia, co konkretnie znaczy owo "marnowanie" - bo wedle mojej wiedzy owe 70% to po prostu informacje kontrolne, dzięki którym sieci są elastyczne, uniwersalne i niezawodne.

Generalnie nie podzielam zachowawczego sceptycyzmu Nicholasa G. Carra; nie rozumiem też zasadniczej myśli Ludwika Maciejca (Przedwczesny alarm, CW 28/2003), który pisze, jak wiele mamy do zrobienia w Polsce (w domyśle: tezy Carra mogą być prawdziwe w realiach amerykańskich).

Moim zdaniem stwierdzenia Carra są po prostu słabo umotywowane, a przy okazji giełdowej "górki" w sektorze high-tech sam autor napisze nowy mądry artykuł udowadniający tezy dokładnie przeciwne. Uczta informatyczna jeszcze się nie skończyła. Mieliśmy przekąskę, kiedy w latach 80. i na początku 90. działa się rewolucja mikrokomputerowa. Mieliśmy danie główne, kiedy trwała żywiołowa informatyzacja gospodarki. Mieliśmy też coś mocniejszego do popicia podczas dotcomowej gorączki. Teraz czas na deser. Obserwując na co dzień organizacje radzące sobie z informatyką, widzę, jak wiele jeszcze jest do zrobienia w samej informatyce, a przede wszystkim w skutecznym jej zastosowaniu ku pożytkowi przedsiębiorstw i obywateli.

Mogę się założyć, że będzie jeszcze deser.

Czekam na niego jak Mikołajek z książek duetu Sempé-Goscinny.


TOP 200