Czarne nieszczęście, czyli Jonasz

Myślę, że takie dni zdarzają się każdemu. Nic nam nie wychodzi, wszystko wypada z rąk, dostajemy same złe wiadomości. Krótko mówiąc - czarne nieszczęście.

Myślę, że takie dni zdarzają się każdemu. Nic nam nie wychodzi, wszystko wypada z rąk, dostajemy same złe wiadomości. Krótko mówiąc - czarne nieszczęście.

Swoją drogą zupełnie nie wiem, dlaczego nazywamy je "czarnym", bo może być ono w dowolnym kolorze. W moim przypadku akurat pojawiło się w jesiennych czerwieniach. Wróciłem z wakacji i od drzwi rzuciłem się do komputera, by przeczytać pocztę z dwu tygodni. Korespondenci dopisali, dobrze ponad setka listów, w tym kilkanaście w sprawie konkursu (felieton pt. Tatarkiewicz, czyli konkurs). Zacząłem sobie spokojnie czytać, gdy żona wezwała mnie na kolację. Grzecznie wyłączyłem komputer i zasiadłem do stołu.

Lubię zapach swojego mieszkania, stare, a raczej nowe śmieci, widok z okna na zachód słońca, spokój domowego wieczoru. Nic nie zapowiadało, że zła seria właśnie się rozpoczyna.

Próba włączenia komputera po kolacji jeszcze nie wróżyła kłopotów; zdarza się, że przełącznik nie reaguje - nowy G4 włącza się także przez przycisk na monitorze. Ot, taka fanaberia Apple. Ale przycisk na pudełku głównym też nie skutkował żadną akcją. Moja reakcja była prosta - sprawdziłem kabel zasilający przez wyjęcie i włożenie go do gniazda. W tym momencie coś błysnęło, poczułem zapach spalenizny i już wiedziałem. Nie miałem komputera.

Nawet mnie to specjalnie nie przejęło, zawartość dysku zrzuciłem przed wakacjami na CD-R. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że wszystkie listy, które właśnie zamierzałem przeczytać, są już tylko na moim dysku. A więc nie będzie rozstrzygnięcia konkursu w terminie - chyba że Czytelnicy napiszą do mnie po raz drugi. Początkowo miałem jeszcze iskierkę nadziei, ale kilka telefonów do firmy Apple oraz wizyta w autoryzowanym centrum naprawczym uświadomiły mi, że czekają mnie co najmniej dwa tygodnie bez komputera, bo samo diagnozowanie trwa tydzień.

Pozostał mi w domu komputer przenośny żony - dzięki niemu mogli Państwo przeczytać dwa ostatnie felietony, a ja nie byłem całkiem odcięty od świata. A co ze sprzętem w pracy? Ano, to właśnie jest czarna seria!

Być może pamiętają Państwo, że jakieś pół roku temu ukradziono mi komputer (felieton pt. Szkoda życia) i dostałem nowy. Co jak co, ale PC ze standardową instalacją Windows 2000 nie powinien przysparzać żadnych kłopotów. Jak przeczytałem w jednym z czasopism komputerowych, zdarzało się nawet, że W2K chodziły cały miesiąc bez potrzeby wznawiania.

W moim przypadku okazało się to częściowo prawdą. Mój komputer był na chodzie nawet dłużej niż miesiąc, bo przez dwa tygodnie wakacji go nie wyłączałem. Tyle tylko, że w dwa dni po powrocie zaczął wykazywać dziwne objawy. Mianowicie nowe katalogi, tworzone przeze mnie, nie pozwalały nic wstawić do środka. Wypisałem się jako użytkownik, zapisałem jako administrator i próbowałem zmienić przywileje dostępu do tych katalogów.

Po wznowieniu komputer obudził się z nową odmianą niebieskiego ekranu - z dodatkowym komentarzem nt. reperacji instalacji. Miałem oczywiście ERD (ilu Czytelników robi je sumiennie?) sprzed samych wakacji, ale system nie chciał się dać zainstalować, twierdząc, że brak mu przywilejów dostępu do jakichś katalogów. Reinstalacja z wymazaniem dysku oraz odzysk plików z kopii bezpieczeństwa uświadomiły mi, ile czasu oraz danych można utracić w okamgnieniu.

Powiem tylko, że czuję się teraz jak Jonasz, czyli osoba sprowadzająca złą pogodę na żaglowce. Mam nadzieję, że nikt nie wyrzuci mnie za burtę. Do komputerów staram się nie dotykać...


TOP 200