Cyfrowy chochlik

Wydawałoby się, że po całkowitej komputeryzacji druku tradycyjny chochlik przeszedł już do historii. Owszem, w dalszym ciągu zdarzają się autorzy tacy jak ja, którzy wbijają Bohuna na pal1, ale ogólnie rzecz biorąc literówki nie mają prawa pobytu na łamach.

Wydawałoby się, że po całkowitej komputeryzacji druku tradycyjny chochlik przeszedł już do historii. Owszem, w dalszym ciągu zdarzają się autorzy tacy jak ja, którzy wbijają Bohuna na pal<sup>1</sup>, ale ogólnie rzecz biorąc literówki nie mają prawa pobytu na łamach.

Ostatecznie począwszy od autora, który powinien tekst przepuścić przez słownik, poprzez redaktora aż do składacza wszyscy mają mnóstwo okazji, aby kontrolować, poprawiać i sprawdzać. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy przypadkowo zaglądnowszy na strony portalu IDG, ujrzałem tam brak jednej litery we własnym felietonie dla CW: zginęło “Z" ze “Zjednoczonej"<sup>2</sup>. W wersji internetowej łatwo dało się to poprawić, ale na papierze pozostała plama na honorze. Nie, numer ten nie ma na razie specjalnej wartości kolekcjonerskiej.

Oczywiście zacząłem grzebać w archiwum i okazało się, że ode mnie wyszła “Zjednoczona", tak jak miało być. Przyciśnięty do muru redaktor CW oświadczył, że od niego też wyszło co trzeba, a nawet lepiej, bo poprawił jeden albo dwa przecinki. A więc gdzieś pomiędzy piętrem redakcyjnym i składem doszło do zagubienia feralnej litery. Ponieważ portal otrzymuje tekst z działu składu już po korekcie, więc zapewne nikt tam nie puszczał felietonu przez słownik. Zresztą, w tym przypadku nic by to nie pomogło, bo słowo “jednoczona" niestety jest jak najbardziej legalne. No i wyszło, że Kuba popiera jednoczenie komunistów. Wprawdzie nie wiadomo z kim, ale śledczy z IPN na pewno ujawnią, kto za tym stoi i dlaczego.

Nota bene, nie jest to bynajmniej pierwszy raz, gdy rzutem oka dostrzegłem literówki. Bez żadnego czytania. Całkowicie podświadomie. Pierwszy przypadek zdarzył się przy piwie u kolegi, który z dumą pokazywał mi reklamę swojej firmy. Zrobioną samodzielnie i w wielkim trudzie. Po kilku sekundach patrzenia na stronę pokazałem mu literówkę. Kolega zzieleniał i zaraz zaczął dzwonić do drukarni, aby wstrzymać proces produkcji pisma. Potem wielokrotnie łapałem się na tym, że bez żadnego wysiłku potrafię znajdować błędy w dowolnych tekstach. Nawet zastanawiałem się, czy nie jest to jakiś defekt mego bardzo osobistego komputera. Szczególnie oglądanie filmów z napisami jest dla mnie męczarnią, bo rejestruję nie tylko błędy literowe, ale także znaczeniowe.

Pomimo olbrzymich postępów tzw. sztucznej inteligencji, jak na razie żaden program komputerowy nie potrafi rozumieć znaczenia kontekstowego równie sprawnie jak człowiek. Dlatego pocieszam się, że gdy zabraknie mi już tematów do pisania, to zawsze będę mógł zatrudnić się w jakimś wydawnictwie jako czytacz i tropiciel błędów. Bezpieczeństwo zatrudnienia gwarantowane. Chyba, że badacze myślenia ludzkiego i komputerowego dokonają wreszcie jakiegoś przełomu. Jak na razie, nie zanosi się jednak na to. Chochliki całkowicie cyfrowe pozostaną trwałym elementem naszej rzeczywistości. Zaś maniera pisania tekstów w trybie telefonu komórkowego jeszcze tę sytuację pogarsza. Już dziś często nie wiem, czego właściwie chcą ode mnie w SMS-ach zaczynających się od “RU BZ?". Jestem, bo lubię czytać po ludzku. A Państwo?!

<sup>1</sup>http://www.computerworld.pl/artykuly/10424/Weryfikacja.moralnosci.html

<sup>2</sup>http://www.computerworld.pl/artykuly/58450/Internetowe.credo.html