Co jest po drugiej stronie internetowego drutu?

Żyjemy zasadniczo w epoce bezdrutowej (wireless) i tytułowe pytanie, zresztą celowo, postawione jest na głowie.

Żyjemy zasadniczo w epoce bezdrutowej (wireless) i tytułowe pytanie, zresztą celowo, postawione jest na głowie.

Powiedzmy zatem tak: po drugiej stronie internetowego druta - którego tak naprawdę nie ma - jest cyberspace. Mówiąc po naszemu - infoprzestrzeń albo cyfroprzestrzeń. Nie wiadomo gdzie to jest, więc niekoniecznie musi być po drugiej stronie, ale jest. Jeśli coś gdzieś jest i nie wiadomo gdzie, a ponadto nie bardzo wiadomo, co to jest, to jak ulał pasuje do tego czegoś określenie - cyberia. Cyberia to jednocześnie rzecz i pojęcie; ni pies ni wydra, by użyć porównania zaczerpniętego z biblioteki klasyków epoki wires. Konstrukcja zarazem techniczna, jak i teologiczna. Dlatego trudno ją dotknąć, a co dopiero zważyć czy zmierzyć. Termin ten OLE wywiódł ze wspaniałej lemowskiej "Cyberiady". Ponieważ Lem wieszczem jest, niniejszym podaje się cyberię do wiadomości i natychmiastowego stosowania. Opornych, jak za starych dobrych czasów, pogonimy Gopherem na cyberię.OLE

Heca z tym Internetem na cztery fajerki i warto się przypatrzyć, o co chodzi z tą cyberspace. Czyżby pojawiła się zaraza, kolejne interwidmo, grożące inwazją świata naszego powszedniego? Macki Internetu dotarły także do Polski. Na szczęście, po tej stronie internetowego druta jest NASK. Dzięki temu dostęp do tego druta mają tylko wybrani, a między nimi Premier, z których ten przedostatni lubił ponoć sobie stuknąć w klawiaturę od czasu do czasu.

Dzięki tej słusznej polityce czuję się jak za starych dobrych czasów, których rzekomo nigdy nie było, a w które - poniewczasie - wielu uwierzyło (Peerel, czyli cud mniemany). W związku z tym ja się wam Kochani poświęcę - podobnie jak Broniarek kiedyś - i będę mówił, co po drugiej stronie drutu. Bo i po co się macie sami fatygować. Zastąpię Wam także Passenta, co to tak pięknie opowiadał, jak głucho wszędzie i ciemno wszędzie. Zresztą, jeśli macie jakiegoś przybłędę w domu, na ten przypadek studenta tudzież docenta, najlepiej nie habilitowanego, habilitowanego też da się użyć, choć ze zużycia bardziej nieużyty, to - przy ich pomocy - możecie sobie wszystko sprawdzić w Internecie i porównać. Nielegalnie, oczywiście, czyli tak jak powinno być, aby było z sensem. A w każdej porządnej rodzinie jakiś usłużny docent się przecież znajdzie. Podkreślam to wszystko, by każdego zachęcić do NASKowania po Internecie. Małych i dużych. Małozagrodowych i wielkoprzemysłowych. Wszystkich posiadających podstawową znajomość alfabetu - przez historyczne niedopatrzenie - łacińskiego. Zachciało się nam kiedyś do świata, zamiast siedzieć na Biskupinie i strugać fujarkę Swarożycowi. Dzięki NASKowi możecie ją sobie strugać nadal. OLE


TOP 200