Co by tu jeszcze skomplikować?

Gdzieś na początku lat siedemdziesiątych jeden z niedużych zakładów produkcyjnych w Poznaniu otrzymał jakieś wyróżnienie, z której to okazji miało się tam odbyć uroczyste zebranie załogi. Mnie poproszono o wystąpienie w drugiej części zebrania i powiedzenie "czegoś o komputerach, ale dla ludzi".

Gdzieś na początku lat siedemdziesiątych jeden z niedużych zakładów produkcyjnych w Poznaniu otrzymał jakieś wyróżnienie, z której to okazji miało się tam odbyć uroczyste zebranie załogi. Mnie poproszono o wystąpienie w drugiej części zebrania i powiedzenie "czegoś o komputerach, ale dla ludzi".

Zebranie przebiegało w dwóch nurtach. Za stołem prezydialnym szefostwo, ktoś z Warszawy, no i ja, a blisko tego stołu wyróżniani i nagradzani. Przy pozostałych stołach zakładowej jadłodajni reszta załogi, żywo reagująca na sukcesy "swych" ludzi, ale poza tym zajęta innymi sprawami, co sprowadzało się do dopełniania szklanek z oficjalną wodą mineralną całkiem inną "wodą". Czyniono to pod stołami, niezbyt nawet dyskretnie, co, nie mając nic do roboty, doskonale widziałem.

Byłbym zapomniał - zebranie to przypadło w okresie, gdy, niezbyt udanie, wdrażano w Polsce pierwszy informatyczny system obsługi rachunków za prąd, a liczne błędy były powodem ciągłych utarczek między klientami a energetyką.

Wracając do naszego zebrania - gdy już powiedziałem swoje, kurtuazyjnie poprosiłem o pytania, nie licząc, że ktokolwiek się odezwie. A tu nagle, od stolika najdalszego po przekątnej sali, stojącego przy jedynych - co ważne - drzwiach wyjściowych, wstał starszy człowiek w kombinezonie roboczym i głosem wskazującym na wysokie spożycie wiadomego płynu powiedział: "To pan nam przysyłasz te idiotyczne rachunki za prąd. Nie wyjdziesz pan stąd, zanim się pan nie wytłumaczysz". Poparło go kilka głosów-pomruków z sali.

Nie mając pojęcia o tym, co wówczas robiła energetyka, powiedziałem kilka ogólników, co przyjęto ze zrozumieniem i dłużej mnie nie indagowano, bo czekano przecież, by szefostwo (a ja, gość, razem z nim) sobie poszło, nie krępując swoją obecnością dalszej celebracji.

W tym samym mniej więcej czasie władze brytyjskie spekulowały, jak zmusić obywateli do płacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego. Ponieważ kontrolerów nikt do domów i mieszkań nie wpuszczał, wydawano krocie na budowę samochodów z pelengatorami, które miały umożliwić dokładne wskazanie miejsca, gdzie stoi włączony odbiornik. Co było do przewidzenia - nic z tego pomysłu nie wyszło.

Podobnie jest u nas - bez nakazu rewizji można nikogo nie wpuszczać, a prokuratura i policja ma dość innych zajęć. Efektem są powstające co jakiś czas kuriozalne pomysły rozwiązania problemu. Kiedyś próbowano ściągać opłaty za radio w samochodach, potem w miejscach pracy. Całkiem niedawno Pewien Bardzo Ważny Polityk rzucił pomysł, by powiązać to z... opłatami za prąd (patrz wyżej!). Bo przecież, jak ktoś ma dostęp do prądu, to z pewnością przede wszystkim po to, by oglądać telewizję.

Teraz pojawił się kolejny, równie genialny pomysł - już nie dostęp do prądu, lecz "posiadanie adresu" (co to jest?) ma być decydującym kryterium.

Ciekawe, jaką część opłat pochłania aparat ich rejestracji i kontroli? Czy, zakładając i tak powszechność korzystania, a także coraz bardziej podatkowy charakter opłaty, nie prościej i taniej byłoby dołożyć odpowiednią, kwotową pozycję na rocznym zeznaniu podatkowym?

Obawiam się jednak, że wybrane rozwiązanie będzie podobnie złożone, jak zmiany w bankowych systemach informatycznych, wynikające z opodatkowania odsetek. Zamiast po prostu opodatkować wszystkie odsetki naliczone przez banki po wyznaczonym dniu, do czego państwo ma pełne prawo, wprowadzono rozwiązanie wyjątkowo mętne i skomplikowane.

Politycy rzadko myślą o wtórnych efektach swych pomysłów. A są nimi również społeczne skutki i społeczne koszty rozwiązań informatycznych.


TOP 200