Civi

Dobry życiorys jest kamieniem węgielnym pod dalsze sukcesy zawodowe. Życiorys - a w zasadzie nie życiorys, powinienem napisać, ale Curriculum Vitae (bo teraz już nie ma życiorysów) - ma za zadanie obwieścić przyszłemu pracodawcy, co też takiego w naszej karierze zawodowej dokonaliśmy, z wyjątkiem oczywiście takich drobiazgów, jak fakt, że się urodziliśmy (co w sumie nie ma większego znaczenia, bo to nie nasza zasługa).

Dobry życiorys jest kamieniem węgielnym pod dalsze sukcesy zawodowe. Życiorys - a w zasadzie nie życiorys, powinienem napisać, ale Curriculum Vitae (bo teraz już nie ma życiorysów) - ma za zadanie obwieścić przyszłemu pracodawcy, co też takiego w naszej karierze zawodowej dokonaliśmy, z wyjątkiem oczywiście takich drobiazgów, jak fakt, że się urodziliśmy (co w sumie nie ma większego znaczenia, bo to nie nasza zasługa).

A więc pisząc CV, powinniśmy się chwalić i uwypuklać nasze osiągnięcia, co niewątpliwie ubarwia historię życia zawodowego i ma powalić na kolana przyszłych pryncypałów. Im więcej punktów wymienimy, im więcej różnorodności zawita w tekście na laserówce wydrukowanym, tym większą mamy szansę upolować atrakcyjny kąsek, czyli nową robotę. I tu okazuje się, że w niektórych przypadkach nie ma o czym pisać. Nie dlatego że delikwent doświadczenia żadnego nie posiada i przez kilkanaście lat się wałkonił, ale dlatego że stagnacja zawodowa nie wygląda na papierze zbyt kwieciście. Można być dobrym fachowcem, mieć bogate doświadczenie, byle nie w jednym miejscu pracy, bo to jest podejrzane. Po co taki stara się o nową robotę? - zastanowi się potencjalny pracodawca. - Skoro tak długo tam pracował, niech dalej wykonuje swoje zadania w dotychczasowym miejscu i niech nie konkuruje z osobnikami o CV pięknym i urozmaiconym, by nie rzec, romantycznym.

Co innego, gdy pretendent ma na koncie historię życia zawodowego "bogato inkrustowaną", że w tym przypadku posłużę się językiem sztuki. Popracował trzy latka gdzieś, potem znowu trzy gdzie indziej, przeskakując z kwiatka na kwiatek. Tu coś zrobił, tam coś zarządził - i mamy wreszcie tego, na którego nasza firma tak długo czekała - fachowca co się zowie.

W krzywym zwierciadle, w skrócie satyrycznym, tak bym to ujął. Nie wiem jak często w informatyce wypada zmieniać pracę. Podejrzanie patrzę na zbyt urozmaicone życiorysy. Zgodnie z mym przeświadczeniem i bogatym doświadczeniem, ktoś, kto ma zbyt bujny przebieg kariery zawodowej, nie zrobił w jej trakcie nic specjalnego, oprócz tego, że tu i ówdzie trochę zamieszał. Jeżeli informatyk zajmuje się oprogramowaniem, co oznacza jego tworzenie, rozwój i konserwację, to w zasadzie wziąwszy się za barki z jednym większym tematem, może z nim zostać aż do emerytury. Dopóki oprogramowanie żyje, dopóty wymaga nadzoru autorskiego i ciągłego doskonalenia. Jeżeli zaś projekty są rachityczne, szybko się kończą, to z kolei nie ma o czym wspominać w życiorysie. A jednak ludzie bez skrupułów wyciągają na światło dzienne nieistotne epizody, rozdmuchując je do wydarzeń miary epokowej. Gdyby Albert Einstein w dzisiejszych czasach napisał swoje CV, wątpię, czy znalazłby się ktoś chętny do jego zatrudnienia - wszak to tylko jeden większy projekt...


TOP 200