Ciszej, proszę

Ostatnio zdarza mi się bywać częściej na poczcie i w szpitalu. Pech, można powiedzieć. Ale nie ma tego złego, co by na gorsze nie wyszło.

Z tych pobytów wynoszę zawsze jakąś naukę, może niekoniecznie związaną z moją osobą, ale bardziej z zagadnieniami egzystencji, przewrotności i złośliwości przypadków. Piszę o tym nie dlatego, że chciałbym zbawić czy chociażby tylko zmienić porządek rzeczy, ale zawsze wprawiają mnie w zdziwienie, a nierzadko w rozbawienie, sprawy wymykające się spod kontroli tym bardziej, im bardziej chcemy je okiełznać. Pisząc "my", nie mam na uwadze wszystkich, ale tylko określone grono sprawcze, które zadysponowało pewne przepisy w zamiarze swym może i chwalebne, ale za to w realizacji jak zwykle mało poręczne.

Zacznijmy od tego, że szpitalach już nie wiszą na łóżkach tzw. karty gorączkowe. Nie możemy więc o współtowarzyszach niedoli poczytać w wolnych chwilach. Zresztą nie ma takiej potrzeby, bo po kilku godzinach pobytu w tym przybytku i tak wszyscy o wszystkich wiedzą więcej, niż byłoby na tych kartach. Najbardziej zaś utajniane informacje, takie jak nazwisko czy wiek, i tak zazwyczaj raz dwa ujrzą światło dzienne za sprawą samego personelu medycznego. Bo przecież pacjenta trzeba jakoś nawoływać, a wiek i tak się wyda podczas badania lekarskiego, które jest robione przy wszystkich. Zresztą nie są to najbardziej intymne sprawy, jakie dzieją się na sali chorych. A jeśli ktoś nie leży, to niech się nie cieszy, bo może dojść do tego, że kiedyś będzie musiał do jakiegoś lekarza się rejestrować. A tu już nie przelewki, bo w kolejce do rejestracji wszyscy słyszą, kto i co, jaki adres i telefon i kogo upoważnia. Jeśli ktoś ma dobrą pamięć, to może od niechcenia przyswoić taką małą bazę danych osobowych kilku poprzedzających go w kolejce osób.

Ostatnio będąc na poczcie, też co nieco przyswoiłem od niechcenia do swej pamięci. Jakaś kobieta, ze dwie osoby przede mną, dyktując pani z okienka, nadawała (nie mam pojęcia, dlaczego tak to robiła) przelewy z tytułu wynagrodzenia za niewykorzystany urlop. Podczas dyktowania danych osobowych adresatów i wysokości kwoty, w celu utrwalenia efektu musiała nieraz kwestię powtórzyć, bo konstrukcja okienek tego wymaga. Od lat zachodzę w głowę i nie mogę wymyśleć, dlaczego większość okienek jest skonstruowana tak, że albo trzeba się zgiąć wpół, albo krzyczeć, aby było się zrozumianym. W każdym razie wszyscy kolejkowicze mieli okazję do zapoznania się ze szczegółowymi danymi adresatów tych przekazów.

Nie wspomnę już o tak błahych sprawach, że jak tworzy się listę poparcia, np. na ławnika sądowego, to wgląd w adresy, telefony i pesele kilkudziesięciu osób z listy ma nie tylko osoba zainteresowana, ale także uczestnicy tej listy. Im dalej się jest na liście, tym lepiej, bo większą wiedzę można pozyskać. I już niejedna sąsiadka wieku przed nami nie ukryje!

Osobiście nie robiłbym problemu z tych incydentów, ale z drugiej strony krew mnie zalewa, gdy chcę odwiedzić znajomych mieszkających w blokowisku, a tu okazuje się, że nie pamiętam numeru mieszkania, na domofonie brak nazwisk, a ja oczywiście nie wziąłem telefonu.


TOP 200