Cisza w eterze

Wydarzenia na Ukrainie pokazują, że nie ma we współczesnym świecie nic pewnego. To, że mamy dziś względny spokój, pokój, ciepło w mieszkaniach i żywność, nie oznacza, że tak będzie zawsze. Nikomu nie życzę, by czarne scenariusze spełniły się na naszych oczach, ale gdy słychać o rozruchach, blokadach, powstaniach i walkach, wtedy przychodzi czas refleksji.

Co robić, gdy na ulicach zamieszki albo wojna domowa – to pozostawiam specjalistom od publicznego bezpieczeństwa, tudzież od miejskiego survivalu. Ale żyjemy w takiej cywilizacyjnej bańce mydlanej, że warto pomyśleć, co stanie się, gdy zabraknie „tylko” niektórych mediów.

Polska energetyką węglową stoi, więc jeśli zakręcą nam gaz, to spokojnie spać będą ci, którzy grzeją mieszkania z centralnych rur miejskich i gotują na kuchenkach elektrycznych. Reszta przerzuci się na grzanie kominkami, a część na grzanie prądem. I tu rodzi się pewien problem, który mnie trapi. Otóż nie ma takiej możliwości, żebyśmy dali radę na dłuższą metę ogrzewać mieszkania, biura i urzędy energią elektryczną. Jest to drogie, ale i znacznie obciąży sieć energetyczną, więc prędzej czy później przyjdą przeciążenia. I co wtedy?

Wtedy wystąpią planowane i nieplanowane przerwy w dostawie prądu. A wraz z nimi przerwy w dostępie do sieci teleinformatycznych, w tym internetu, dla firm i konsumentów. I co my wtedy zrobimy?

To będzie taka mała apokalipsa.

W urzędach okaże się, że nie da się załatwić spraw, które zależą od dostępu do krajowych baz danych. W bankach, choć są tam pewnie UPS-y, okaże się, że nie można wypłacać pieniędzy. W biurach nie da się grać w pasjansa. Ale najważniejsze jest jedno: Facebook i pokrewne mu serwisy przestaną choć na chwilę sączyć papkę do mózgów naszych i naszych dzieci. I to jest sedno sprawy. Ludzie oderwani od Facebooka będą musieli zderzyć się z rzeczywistością. Nie będzie komunikatora, komentarzy, fotek, słownych wojenek i połajanek, kotków, piesków, obiadków, czekinów w hipsterskich knajpach, serduszek, buziaczków, wrzutek z You Tube’a i z ASZ Dziennika, gołych pup i żartów różnego poziomu.

Co w zamian?

W zamian możemy doświadczyć wyjścia na miasto, i to niekoniecznie do knajpy, a na spacer na ulice, do parku, do kina. I wiecie co? O ile dobrze pójdzie, nie będą nam towarzyszyć zombie wpatrzone w rozświetlone ekrany swoich smartfonów, a zamiast tego może rozejrzą się dookoła i zobaczą, że wiosną Polska jest piękna, a przyroda zapiera dech w piersiach.

Gdyby taki scenariusz się ziścił, to wcale nie byłoby mi wesoło. W końcu problemy z energią odbiją się na mnie prędzej czy później. Ale pomyślcie sami: gdy wszystko wróci już do normy po energetycznej zawierusze, czy nie kusiłoby nas, żeby cichutko, pod nosem, w ukryciu przed węszącymi zdradę i tropiącymi rusofili powiedzieć: „dziękujemy Ci, Władymirze Władymirowyczu!”?

Cisza w eterze


TOP 200