Cena (starego) szczęścia

Przygotowując się do napisania tego felietonu, zrobiłem krótki rachunek sumienia. Przypominałem sobie, ile miałem komputerów i jak długo ich używałem. Ze zdziwieniem doliczyłem się, że przez dwadzieścia lat w domu było 12 komputerów, do czego trzeba dodać sporo służbowych gratów.

Przygotowując się do napisania tego felietonu, zrobiłem krótki rachunek sumienia. Przypominałem sobie, ile miałem komputerów i jak długo ich używałem. Ze zdziwieniem doliczyłem się, że przez dwadzieścia lat w domu było 12 komputerów, do czego trzeba dodać sporo służbowych gratów.

Wynikałoby z tego, że zmieniałem komputery jak rękawiczki, a nawet częściej. Tyle tylko, że rękawiczki na ogół gubię albo drę, a komputery daję lub (rzadziej) sprzedaję. Rozdawanie idzie mi łatwo, bo zawsze ktoś z rodziny jest gotów pobawić się prawie nowym komputerem. Ze sprzedażą zawsze jednak miałem same kłopoty.

Jak wiadomo w życiu posiadacza samochodu są dwa szczęśliwe dni: kiedy kupił i kiedy sprzedał pojazd. Myślę, że podobnie jest z komputerami, a może nawet bardziej dotkliwie. Nieraz okazało się, że komputer kupiłem kilka dni przed obniżką ceny. Z drugiej strony oba sprzedane przeze mnie okazy popsuły się prawie natychmiast u nowych właścicieli, którzy oczywiście mieli do mnie pretensje. Niesłusznie, bo kupowanie używanego sprzętu jest ryzykowne. Dla kupującego. Znając tę prawdę, nigdy nawet nie próbowałem nabywać ani nawet negocjować przedposiadanego cacka (tak tłumaczę angielski eufemizm samochodowy pre-owned). Niestety, nie zwolniło mnie to z konieczności pocieszania naiwnych, myślących, że jestem doświadczony i nudzących o porady. Na przykład co zrobić z kupionym za 1300 zł "ślicznym" G3/500, który ma uszkodzony napęd CD.

Po pierwsze przepłacono, nawet gdyby napęd był sprawny. Po drugie nie wiem, jak zainstalować oprogramowanie, które jest dostępne tylko na CD, bez wymiany owego uszkodzonego napędu. Obrazę zwykle powoduje stwierdzenie, że albo człowiek rzeczywiście potrzebuje komputera do poważnej pracy i wtedy warto oszczędzić na nowy o zadowalających parametrach, albo dalej używać starego trupa, aż zepsuje się on dokumentnie. Jeśli nie zmienię przyzwyczajeń, to nie mam żadnego powodu wymiany starego komputera na nowy.

Zgodnie z tą filozofią już czwarty rok używam w pracy PIII/800, który z odpowiednią ilością pamięci pozwala na uruchomienie Windows XP. Ponieważ przez cztery lata robię to samo i tak samo, więc po co mam wydawać pieniądze na nowe pudło?

Moja filozofia być może wywoła sprzeciw sprzedawców, ale muszą oni liczyć się z coraz dłuższymi cyklami wymiany komputerów. Obecnie produkowane jednostki centralne, monitory, dyski, nawet klawiatury i myszy, są dobre. Bez żadnych problemów mogą wytrzymać pięć lat. Z punktu widzenia fanatyków starego sprzętu to marzenie, o ile uda się znaleźć sprawny komputer. Podejrzewam jednak, że podobnie jak ja myśli zdecydowana większość ludzi. Dlatego na rynku wtórnym pojawiają się głównie inwalidzi po przejściach. Szczególnie na aukcjach internetowych, gdzie nie ma możliwości dokładnego przetestowania nabytku.

Ktoś, kto musi mieć kultowy cube makowy (patrzhttp://docs.info.apple.com/article.html?artnum=43104 ), powinien dobrze zastanowić się przed zapłaceniem 700 USD lub więcej na aukcji, nawet jeśli będzie można go przetestować.

Procesor G4/450 nie jest wart tych pieniędzy, bo za 15% więcej można kupić nowego, trzy razy szybszego eMaca. Nowy oznacza roczną gwarancję z możliwością przedłużenia o następne dwa lata. Z drugiej strony, skoro posiadanie przezroczystego sześcianu jest warunkiem osiągnięcia szczęścia, to trzeba go kupić. Szczęście, nawet stare, nie ma ceny.


TOP 200