Było, minęło

Odwiedziłem niedawno znajomego, u którego podejrzałem, że do wysyłania mejli ciągle używa programu Eudora.

Zresztą nawet gdybym go nigdy nie odwiedzał, to skutki używania pierwszego naprawdę popularnego programu mejlowego widziałbym na swoim ekranie. Albowiem Eudora nie potrafiła nigdy dobrze obsługiwać polskich ogonków, a w każdym razie wymagała skomplikowanego ustawienia strony kodowej, czego nie chciało się robić większości ludzi.

Otrzymawszy kolejny list z krzaczkami zapytałem kolegę, dlaczego właściwie stosuje program, którego ostatnia wersja pochodzi z roku 2006. Dowiedziałem się, że przyzwyczajenie nie jest drugą naturą człowieka, tylko pierwszą! Dało mi to wiele do myślenia. W czasach, gdy nowe technologie pojawiają się na rynku codziennie, gdy wczorajsze pomysły są już dziś nieświeże, gdy czujemy stałe parcie na nowości, gdzieś zapodziały się niegdysiejsze tradycje. Może to moda, zmieniająca się coraz szybciej, spowodowała, że trudno jest dziś żyć w stabilnym świecie? Skoro modele komputerów określane są jak kolekcje mody (jesień 2007 - tak oficjalnie firma Apple oznacza wersję Mac Book Pro, którą używam i już czuję, że powinienem ją wymienić na nowszą), no to niby dlaczego mamy stosować ciągle te same programy? Tym bardziej, że piszący oprogramowanie jakoś nie mogą wyprodukować wersji stabilnej i użytecznej. W przypadku Eudory producent oprogramowania, czyli firma Qualcomm, tak naprawdę nie ma żadnego interesu w rozwijaniu programu, bo jej główny biznes to... tworzenie wnętrzności do telefonów komórkowych. Nawet nie wiem, jak to się stało, że Qualcomm wszedł w posiadanie kodu programu - kupił go od oryginalnego autora w roku 1991. Po co? Kto to dziś zgadnie. W każdym razie od czterech lat miłośnicy programu zwodzeni są obietnicami wypuszczenia kolejnej wersji, oczywiście Open. W tzw. międzyczasie ruch wolnego oprogramowania stworzył Thunderbirda, który jednak w wersji 3-ej jest znacznie gorszy od konkurencji. Nic więc dziwnego, że mój kolega dalej trzyma się kawałka kodu, do którego przyzwyczaił się przez kilkanaście lat.

Kiedy pogrzebię w pamięci, to okazuje się, że podobnych dinozaurów znam jeszcze kilka. Począwszy od WordPerfecta, który przez lata bywał ulubionym programem amerykańskich prawników (ach, to konwertowanie dokumentów do formatu Worda...), poprzez PageMakera (podobno żyje jeszcze gdzieś i nawet dycha wersja pod Windows, którą da się uruchomić na nowoczesnych komputerach, ale pod XP) oraz Netscape (przeglądarka odżyła jako Firefox, co zapewne było przykładem dla Eudory/Thunderbirda, niestety nieudanym), aż po kilka programów makowych, które kiedyś spowodowały, że zacząłem nowe życie. MacWrite, napisany w assemblerze (sic!) jest już tylko historią, bo nikt nie miał ochoty na udoskonalanie konkurenta Worda (umowa z MS zapewne miała tu spore znaczenie; wersja MW Pro dominowała na rynku makowym lat dziewięćdziesiątych), zaś MacPaint doczekał się publikacji kodu źródłowego przez Muzeum Historii Komputerów. Zapewne jest to dobry materiał dydaktyczny, choć dziś nikt już nie pisze programów użytkowych w Pascalu.

Za kilkanaście lat okaże się, że oprogramowanie, używane dzisiaj masowo, także odejdzie do historii. I tylko bardzo starzy ludzie, niezdolni do zmiany przyzwyczajeń, będą trzymali na swoich komputerach jakieś przedpotopowe wersje zapomnianych programów. Może przynajmniej polskie ogonki będą w nich dobrze działały???