Boso, ale z encetem

Usiłowałem onegdaj wytłumaczyć pewnemu Amerykaninowi, co to znaczy chodzić boso, ale w ostrogach. Przyszło mi bowiem do głowy, że pojawienie się komputerów klasy NC to nic innego, tylko ostrogi na gołe nogi. Problem porozumienia się nie dotyczył słów, tylko pojęć. A wszystko zaczęło się od zatrudnienia w firmie kilku nowych pracowników.

Usiłowałem onegdaj wytłumaczyć pewnemu Amerykaninowi, co to znaczy chodzić boso, ale w ostrogach. Przyszło mi bowiem do głowy, że pojawienie się komputerów klasy NC to nic innego, tylko ostrogi na gołe nogi. Problem porozumienia się nie dotyczył słów, tylko pojęć. A wszystko zaczęło się od zatrudnienia w firmie kilku nowych pracowników.

Jak wiadomo, we współczesnym biurze każdy musi mieć własny komputer. W praktyce oznacza to PC z osobnym monitorem i plątaniną kabli sieciowych, zasilających i klawiaturowych. Tymczasem nieco po cichu i bez wielkiego rozgłosu pojawił się pierwszy masowy komputer sieciowy, czyli iMac. W jednej obudowie z półprzezroczystego plastiku dostaje się wszystko razem: CD-ROM, niewielką klawiaturę (w sam raz na meble firmy Vitra, felieton nr 152) i zabawną, okrągłą myszkę z dwukolorową kulką. Procesor G3 z zegarem 233 MHz odpowiada w testach z grubsza Pentium II o podobnym taktowaniu, a wbudowany modem 56K oraz szybki Ethernet 10/100 rzeczywiście czynią z dwukolorowej, opływowej skrzynki rasowego sieciowca. Tylko ten system operacyjny... Na szczęście ROM-y ładowane są z dysku, co pozwala mieć nadzieję. Już zresztą firma Apple wypuściła drobną poprawkę do sterownika USB, dzięki czemu iMac nie ma problemów, jak Windows 98 z drukowaniem przez ten port.

Kiedy postawiliśmy pierwsze cztery komputerki iMac na stołach, to reakcja szefostwa była typowa: "A po co nam takie drogie zabawki?"! Pokazanie faktur wyjaśniło, że za 1400 USD otrzymuje się komputer z 96 MB pamięci RAM. W chwili, gdy piszę ten felieton, najtańszy PC, jakiego udało mi się kupić do sterowania zamkami elektronicznymi, kosztował 750 USD z 32 MB RAM. Jeśli dodać więcej pamięci, dobry monitor 15" (minimum 350 USD), CD-ROM i kartę sieciową, to okaże się, że iMac wcale nie jest droższy. A pecetowopodobnych komputerów sieciowych jak nie było, tak nie ma!

Czyżby więc długo oczekiwana wizja NC zmaterializowała się? Myślę, że nie, bo iMac i każdy inny encet znacząco przewyższają w specyfikacjach potrzeby użytkowników. Przecież zdecydowana większość pracowników w dalszym ciągu wykorzystuje komputery jako nieco wygodniejsze maszyny do pisania i kalkulatory. Umożliwienie dostępu do sieci, poczty elektronicznej i możliwości pracy grupowej spowodowało, że zamiast zajmować się urzędoleniem w dobrym tego słowa znaczeniu, tj. załatwianiem spraw, wszyscy MUSIMY odpowiadać na setki nic nie znaczących listów, sprawdzać strony sieciowe, które są źle zaprojektowane, a także zagłębiać się w dokumentach, których poza autorem nikt nie rozumie.

W Ameryce ludzie w prywatnych domach spacerują na bosaka. Kiedy odwiedzają przyjaciół, to jedną z pierwszych czynności jest zdjęcie butów. Nawet rodacy, którzy jakiś czas tu przebywali, też tak czynią. W Polsce z wielu powodów zdjęcie butów może okazać się krępujące. U mnie w warszawskim domu jeden zamerykanizowany gość wbił sobie drzazgę w piętę, bo nie przewidział, że podłoga ma kilkadziesiąt lat i jest nieco sfatygowana.

Mamy więc wreszcie komputerowe ostrogi, ale jesteśmy na bosaka i nie wiemy dokąd przyjdzie nam pójść. Ciągle jeszcze wszystkie ważne sprawy załatwiamy na spotkaniach osobistych, gdyż nawet wideokonferencje okazują się zbyt zimne i odpersonalizowane. Nie da się wypić kieliszka dobrego wina przez ekran komputera. A pomaszerować boso w ostrogach?!