Bombardowanie maniakalne

W swych felietonach staram się zawsze opisywać sytuacje realne - to, co przydarzyło się mnie, moim najbliższym lub przyjaciołom. Uważam bowiem, że tylko takie sytuacje mogę zbadać w miarę dogłębnie i poznać ich podszewkę.

W swych felietonach staram się zawsze opisywać sytuacje realne - to, co przydarzyło się mnie, moim najbliższym lub przyjaciołom. Uważam bowiem, że tylko takie sytuacje mogę zbadać w miarę dogłębnie i poznać ich podszewkę.

Spotkałem się jednak z opinią, że ja to wszystko wymyślam, aby wypełnić papier i nabić kasę. Ci, którzy mnie lepiej znają wiedzą, że pisanie idzie mi stosunkowo łatwo bez konieczności tworzenia faktów, zaś wysokość honorariów, znana dobrze redakcji, z pewnością wprawiłaby większość Czytelników w homeryczny śmiech. Swoją niskością. Nie, proszę Państwa, nie piszę, bo jestem grafomanem albo pazernym ciułaczem. Ciągle jeszcze uważam, że są sprawy, które trzeba załatwić. Jeśli moje pisanie w tym pomoże - to dobrze!

Jedną z takich spraw jest otrzymywanie nie chcianej poczty. Swego czasu podałem tu i ówdzie swój adres e-mailowy (podam i dziś, bo mam nowy: kuba@pol.pl) i od czasu do czasu otrzymuję listy od ieznajomych. Każdemu staram się odpowiedzieć, gdyż uważam, że staroświecka przyzwoitość tego wymaga. Czasami odpowiedź pociąga za sobą kolejny list - z paroma mymi respondentami spotkałem się nawet towarzysko, z wieloma kontynuuję wymianę myśli.

Rzadko, bo rzadko, ale jednak zdarza mi się kontakt maniakalny. Wprawdzie przez lata pisania do prasy komputerowej (dobrze ponad dziesięciolecie) nauczyłem się wyławiać typy maniakalno-paranoiczne, lecz nie zawsze nawiązując korespondencję jestem w stanie przewidzieć jej rozwój. Tak też stało się parę miesięcy temu.

Buszujący po sieci zauważyli pewno, że na stronie Polska-On-Line (http://www.pol.pl) pojawił się znaczek Prezent, a pod nim można między innymi znaleźć darmowe fonty dla chcących oglądać po polsku strony WWW . Uważałem, że jako producent ogonków jestem winien środowisku, szczególnie Polonii, ten gest. W kraju większość użytkowników ma legalne (lub kradzione...) Windows po polsku.

Według danych Microsoft sprzedano już ponad sto tysięcy pakietów, co oznacza, że przy standardowym w Polsce procencie kradzionego oprogramowania co najmniej ćwierć miliona ludzi używa tego produktu. Zrobiłem nawet wersję fontu na Macintosha w kodowaniu Windows, gdyż trudno sobie wyobrazić, by projektanci stron WWW tworzyli dla kilkuprocentowego marginesu rynku. Uważam, że podobnie sprawa ma się z platformą unixową i kodowaniem ISO coś tam, które jest obowiązującą, lecz martwą normą.

Tymczasem powyższe rozumowanie nie spodobało się pewnemu panu z Krakowa, oczywiście piszącemu spod adresu edukacyjnego, bo gdyby musiał sam płacić za swoją pocztę, to by się trzy razy zastanowił. Tenże to pan X na każdy mój coraz zimniejszy list odpowiadał coraz większym zniecierpliwieniem i bardziej kategorycznym żądaniem przekodowania fontów internetowych. Nic nie pomagało tłumaczenie, że jako osoba pamiętająca dyskusje o kodach sprzed paru lat, wiem czym grozi rozpowszechnianie pseudostandardów i że - jako człek odpowiedzialny - nie puszczę innego kodowania niż Windows. Guzik! Facet pisał do mnie coraz bardziej natarczywie, tak jakbym MUSIAł zrobić to czego ON wymaga. Wiem, klient nasz pan, ale bez przesady. W końcu napisałem maniakowi, że to już mój ostatni list i że proszę do mnie nie pisać. Na to dostałem kolejną epistołę (maniacy są zwykle grafomanami) ze stwierdzeniem, że brak odpowiedzi będzie uważał za przyzwolenie publikowania moich poglądów w sieci. Przy okazji nawymyślał mi od niekulturalnych chamów.

Przyznam się szczerze, że moja wściekłość nie miała granic. Na szczęście, gdy się nieco uspokoiłem napisałem mu, że na nic nie pozwalam, a kolejny list potraktuję jako naruszenie mojej prywatności - ze wszelkimi konsekwencjami prawnymi. Od tygodnia mam spokój. A więc bombardowanie e-mailowe można przetrwać. Tylko na jak długo?!