Biznes na 1,3 procenta

Pisałem kiedyś w tym miejscu o swej nieudanej próbie zakupu krótkofalowego odbiornika radiowego w jednym ze sklepów internetowych. Powodem niepowodzenia było to, że sklep okazał się nie do końca internetowy i działał w kraju co prawda sąsiednim, ale w rozumieniu przepisów będącym jednak za granicą. Zainteresowanym finałem sprawy wyjaśniam, że koniec końców zakupu dokonali dla mnie (fizycznie, a nie wirtualnie) mieszkający tam znajomi i rzeczony przedmiot przywieźli przy okazji bytności w Polsce.

Pisałem kiedyś w tym miejscu o swej nieudanej próbie zakupu krótkofalowego odbiornika radiowego w jednym ze sklepów internetowych. Powodem niepowodzenia było to, że sklep okazał się nie do końca internetowy i działał w kraju co prawda sąsiednim, ale w rozumieniu przepisów będącym jednak za granicą. Zainteresowanym finałem sprawy wyjaśniam, że koniec końców zakupu dokonali dla mnie (fizycznie, a nie wirtualnie) mieszkający tam znajomi i rzeczony przedmiot przywieźli przy okazji bytności w Polsce.

Cała ta sprawa przypomniała mi się w związku z opublikowaniem przez Urząd Statystyczny USA informacji o tym, że w dopiero co minionym roku udział e-handlu w całości obrotów tamtejszej sprzedaży detalicznej wyniósł raptem 1,3 procenta. Wielkość ta jest co prawda o połowę wyższa niż w roku 1999 (0,9%), ale trudno uznać ją za imponującą. Dane te trudno również przyjąć za, jeżeli nie dowód, to chociaż zapowiedź rewolucyjnych zmian, jakich, według licznych prognoz, mieliśmy doświadczyć w tej dziedzinie. Bardzo interesujące mogłoby być zestawienie tych danych z wynikami popularnej od lat sprzedaży katalogowej.

Tym bardziej że obie dziedziny mają, jak się okazuje, więcej wspólnego, niż można by przypuszczać.

Sam, więcej dla kogoś niż dla siebie, stosunkowo często korzystam z... Właśnie, z czego? Trudno to nazwać korzystaniem z zakupów internetowych, bo nigdy nie kończy się to transakcją zakupu. Jest to poszukiwanie dokładniejszych informacji o właściwościach produktów i poziomie ich cen. Jeżeli dochodzi do zakupu, to tylko w tradycyjnym sklepie, po wcześniejszym, telefonicznym ustaleniu obecności towaru i jego ceny. Wszystko to bardzo przypomina korzystanie z katalogu, stąd wspomniane skojarzenie.

To, że sieć pełni tu rolę bardziej katalogu niż sklepu, nie świadczy bynajmniej, że jest wykorzystywana w tym celu sensownie. Mimo że jest to katalog szczególnie tani i pojemny, katalog, którego nie trzeba ani drukować, ani dostarczać na próg domu klienta. Klienta, który po informację w sieci przychodzi sam, co wskazuje, że jest mu potrzebna.

Gdy ograniczyć się np. do sprzętu radiowo-telewizyjnego, to niemal każda z kilkunastu czołowych, działających w Polsce firm z tej branży informuje przede wszystkim o sobie samej, mniej lub bardziej starannie ukrywając informacje o swych produktach. Gdy zaś uda się już do nich dotrzeć, wynajdywanie szczegółów też nie jest proste i przeważnie jest możliwe według jednego tylko kryterium. Jeszcze mniej można znaleźć na stronach sklepów - zarówno tradycyjnych, jak i wirtualnych.

Okazuje się, że w Internecie ciągle obecne są produkty, których nie ma już w sprzedaży, nie można natomiast znaleźć tych, które niedawno do niej weszły, co powoduje, że wizyta w pierwszym lepszym sklepie sprawia wrażenie, iż towar trafia tam szybciej niż informacja o nim do sieci.

A wydaje się to takie proste: najpełniejsza informacja o tego rodzaju sprzęcie (a również o takich produktach, jak pralki, lodówki, samochody itd.) jest, jak dotąd, zawarta w instrukcjach obsługi. Instrukcjach, których wzorce i tak istnieją, bo z czegoś są one przecież drukowane.

Co szkodzi wobec tego, aby - jak to robi kilku zaledwie producentów - umieścić je w Internecie w postaci umożliwiającej przekopiowanie na swój komputer i późniejsze studiowanie, porównywanie itd.?

W sumie wygląda na to, że mało kto solidnie przykłada się do strony informacyjnej e-handlu, bo to przecież tylko 1,3% obrotów w USA, a gdzie indziej jeszcze mniej. A może właśnie m.in. z tej przyczyny jest to tylko tyle?


TOP 200