Biznes

Obserwuję ostatnio ruch na liście dyskusyjnej, dotyczącej wymiany informacji na temat przydatności Internetu w biznesie. Lista została założona tuż przed okresem wakacyjnym, przez kogoś chyba z Krakowa. Bardzo to chwalebne, że w naszych zmieniających się ciągle realiach gospodarczych, taka tematyka zaczyna być poruszana również w środkach przekazu.

Obserwuję ostatnio ruch na liście dyskusyjnej, dotyczącej wymiany informacji na temat przydatności Internetu w biznesie. Lista została założona tuż przed okresem wakacyjnym, przez kogoś chyba z Krakowa. Bardzo to chwalebne, że w naszych zmieniających się ciągle realiach gospodarczych, taka tematyka zaczyna być poruszana również w środkach przekazu.

Ucieszyłem się, że wreszcie będzie można poczytać i podyskutować o zastosowaniach nowoczesnego narzędzia w dziedzinie wymagającej jego stosowania i szybkiej wymiany informacji, a do tego nie gdzieś za Oceanem, ale u nas. Po kilku tygodniach zostałem doprowadzony do porządku. Ruch na liście niewielki, ale biorąc pod uwagę jej krótkie istnienie, całkowicie to rozumiem.

Co natomiast mnie zastanowiło? Otóż 90% respondentów, to osoby zza granicy! Wielu z nich, Polacy z pochodzenia, prowadzący mniejsze lub większe firmy lub będący ich przedstawicielami. Głównie USA, Niemcy, Skandynawia. Od nas też ktoś się odezwał, chyba jedna osoba. Co więcej, lista nie jest dyskusyjna, ale typowo marketingowa. Oferuje się to i tamto, szukając czegoś na import lub eksport. Dobre sobie, myślę, nic tak nie uczy jak obserwacja konkretnej działalności. W końcu lepsze to niż sucha wymiana teoryjek o tym, co by można, gdyby. Po co dyskutować, skoro na własne oczy widzę, jak Internet służy do wymiany informacji gospodarczej i sprzyja zawiązywaniu kontaktów handlowych, przynoszących obustronne korzyści. Cóż z tego, że burzy to trochę zasady dyskusyjnego charakteru listy, w końcu istotny jest efekt, a nie idea. Prawdę powiedziawszy, tematy dyskusyjne także się zdarzają. Pewien z uczestników, Polak, ale nie z Polski, zauważył, że coś mało naszych biznesmenów uczestniczy w dyskusji. Skwitował to rozgrzeszającym stwierdzeniem, że prawdopodobnie udali się na urlopy, więc milczą. Nikt jakoś nie śmiał sprostować jego myśli. Ja natomiast przednio się ubawiłem tym przypuszczeniem. Polski biznesmen i Internet - cha, cha! Telefon komórkowy, fax - owszem. Mercedes, BMW, Audi - jak najbardziej. Komputer też - do gry, napisać pismo, dla lepiej zorganizowanych do faksowania. Ale Internet, po co? A czy komuś jest potrzebna szybka i wszechstronna informacja? On pójdzie z panem X do restauracji, a ten przy suto zakrapianej kolacji wyśpiewa mu wszystko - co warto w tym miesiącu, a czego nie - a dodatkowo obaj będą mieli rozrywkę. O tym, jakie będą obowiązywać stawki celne w przyszłym miesiącu, on na pewno z Internetu się nie dowie. O planowanych podatkach też nie. I tak przedstawiają się nasze realia. Przypuszczam, że technologia nieco wyprzedziła zapotrzebowanie naszego młodego, tworzącego się biznesu, który w polskim wydaniu ciągle bardziej kojarzy się jeśli nie z hochsztaplerstwem, to z budką z warzywami. Póki co nie widać zbyt wielu prywatnych firm przygotowanych do nowoczesnych działań marketingowych, chociaż nieliczne wykazując się dynamiką, ukazują swoje oblicze w Internecie. Jak tylko sytuacja ulegnie poprawie, dam Państwu znać... A zresztą sami zauważycie.


TOP 200