Bezprzewodowe sumienie

W kwietniu tego roku niejaki Richard Dinon z St Petersburga na Florydzie zobaczył z okna swojego domu zaparkowany samochód, a w nim jakiegoś mężczyznę pochylonego nad włączonym laptopem. Gdy mężczyzna spostrzegł, że jest obserwowany, szybko zamknął pokrywę swojego laptopa. Sytuacja z otwieraniem i zamykaniem laptopa powtórzyła się kilka razy, co tak wzbudziło podejrzenia Dinona, że wezwał policję.

W kwietniu tego roku niejaki Richard Dinon z St Petersburga na Florydzie zobaczył z okna swojego domu zaparkowany samochód, a w nim jakiegoś mężczyznę pochylonego nad włączonym laptopem. Gdy mężczyzna spostrzegł, że jest obserwowany, szybko zamknął pokrywę swojego laptopa. Sytuacja z otwieraniem i zamykaniem laptopa powtórzyła się kilka razy, co tak wzbudziło podejrzenia Dinona, że wezwał policję.

Przybyli stróże prawa stwierdzili, że Benjamin Smith III za pomocą swojego Acera korzystał z bezprzewodowego dostępu do Internetu przez domową sieć Richarda Dinona. Na podstawie stanowego prawa zabraniającego wykorzystywania świadomie, celowo i bez upoważnienia dostępu do sieci komputerowej Smith został aresztowany.

Ta historia wywołała ożywioną dyskusję w amerykańskich mediach. Obok głosów zdecydowanie potępiających postępowanie aresztowanego pojawiły się także opinie, że Dinon jest sobie winny - powinien zabezpieczyć swoją sieć WiFi, a policja niech znajdzie sobie lepsze zajęcie niż ściganie ludzi korzystających z otwartego dostępu do Internetu.

Gdy nastały czasy sieci bezprzewodowych, pojawiło się zjawisko wardrivingu, czyli jeżdżenia samochodem po mieście i wyszukiwania otwartych sieci bezprzewodowych. Entuzjaści takich "rozrywek" wymieniają się sporządzonymi przez siebie mapami z naniesionymi "darmowymi hot spotami". Bywa też, że oznaczają specjalnymi symbolami ściany budynków zamieszkałych przez nieświadomych "dawców Internetu". Wardriving, choć na pewno nie wywołuje takiego dreszczu emocji jak joyride (czyli "wypożyczanie" sobie na szybką przejażdżkę cudzego samochodu bez zgody właściciela), też jest rodzajem ekscytującej, zakazanej zabawy głównie dla młodzieży. Ilu jednak statecznych biznesmenów nie mogło oprzeć się pokusie, gdy gdzieś poza firmą, nie mając innej możliwości sprawdzenia swojej poczty czy przesłania ważnego raportu, skorzystało z niezabezpieczonej prywatnej sieci bezprzewodowej? Na pewno wielu. Czy są godni potępienia?

Próbując odpowiedzieć na to pytanie, we wrześniu na naszej stronie www.networld.pl przeprowadziliśmy sondę na temat podłączania się do niechronionego punktu dostępowego Wi-Fi sąsiada. Odpowiadający wybierali gotowe odpowiedzi.

  • 40,83% respondentów uznało, że jest to "dobry sposób na dostęp do Internetu";

  • 38,33% uważało, że jest to po prostu kradzież;

  • 18,33% widziało w tym "czyn niemoralny";

  • 2,5% odpowiadających nie miało zdania.
Choć na pierwszym miejscu są zwolennicy "łatwego" dostępu do Internetu, to zsumowanie drugiej i trzeciej pozycji pokazuje, że większość nie uważa tego za działanie godne pochwały.

Opisany na wstępie amerykański przypadek i niedawne doniesienia z Wlk. Brytanii o ukaraniu grzywną za wardriving stają się precedensami. Jednak wątpliwości prawnych - gdy nie są łamane zabezpieczenia, wykradane dane itp. - będzie nadal wiele. Jak sprawę rozwiązać? Może producenci powinni wymuszać na użytkownikach ich sprzętu konfigurowanie zabezpieczeń podczas instalacji? Teraz tego nie robią, bo ich zdaniem utrudniony setup zbyt wielu zniechęciłby do zakupu rozwiązań Wi-Fi.

Nasza internetowa sonda byłaby pewnie pełniejsza, gdyby zapytać, "czy chętnie Państwo udostępniają obcym swoją sieć bezprzewodową?" (zwłaszcza tych, którzy twierdzą, że w podczepianiu się do obcych sieci nie ma nic złego). Może okazałoby się, że wielu robi to chętnie (choć to wątpliwe) i ruszyłaby społeczna akcja wymieniania się dostępem do Internetu? No tak, tylko co z łamaniem postanowień umowy z dostawcą Internetu? Pytanie goni pytanie. Cóż nam pozostaje? Walka o większą świadomość zagrożeń, no i... sumienie.


TOP 200