Bez mitu ani rusz

Mój przyjaciel, który jest humanistą pełną gębą (studia filologiczne, doktorat z filmu, pasje: literatura, historia i filozofia), twierdzi, że każde środowisko integruje się wokół pewnego mitu. Mit - mówi - daje społeczności wzorzec postaci i postaw, daje historię, którą "każdy zna", daje zestaw pojęć i terminów, a także wiarę w pewien rodzaj środowiskowej magii. Bez mitu - mówi przyjaciel-humanista - grupa ludzi jest jedynie chaotyczną zbiorowością jednostek, z mitem staje się środowiskiem zdolnym do wypracowywania wspólnych opinii, zasiania twórczego fermentu i zgodnego działania.

Mój przyjaciel, który jest humanistą pełną gębą (studia filologiczne, doktorat z filmu, pasje: literatura, historia i filozofia), twierdzi, że każde środowisko integruje się wokół pewnego mitu. Mit - mówi - daje społeczności wzorzec postaci i postaw, daje historię, którą "każdy zna", daje zestaw pojęć i terminów, a także wiarę w pewien rodzaj środowiskowej magii. Bez mitu - mówi przyjaciel-humanista - grupa ludzi jest jedynie chaotyczną zbiorowością jednostek, z mitem staje się środowiskiem zdolnym do wypracowywania wspólnych opinii, zasiania twórczego fermentu i zgodnego działania.

Jakie mity łączą nas, informatyków w największym stopniu? Na pierwszym miejscu wymieniłbym chyba mit garażu. Mityczne miejsce, ciemne i zakurzone, ale pełne myśli i innowacji; miejsce, w którym dwóch, najwyżej trzech ludzi tworzy technologię i historię, mimochodem, jakby dla zabawy, przekraczając granicę wyobraźni. To tam powstają prawdziwie przełomowe rozwiązania, o generację wyprzedające to, co można dziś kupić. Ten mit uosabia nasz mniej lub bardziej uświadomiony sprzeciw wobec świata "możnych" - uczelni i korporacji. Gdyby szukać kulturowych analogii tego mitu, nasuwa się Dawid i Goliat albo szewczyk Skuba, który przechytrzył Smoka Wawelskiego.

Bezpośrednio z mitem garażu łączy się mit Krzemowej Doliny - miejsca, gdzie ów garaż stoi, a ulicami chadzają bohaterowie bajek. Tam wszystko może się zdarzyć, a los dziś może kogoś obdarzyć bogactwem, a jutro - uczynić nędzarzem. Ile on ma wspólnego z rzeczywistością, pokazuje np. Marek Hołyński w ciekawym zbiorze felietonów Emailem z Krzemowej Doliny.

Ale nie o rzeczywistość chodzi w micie, a o wiarę tych, którzy go opowiadają i słuchają. Nie wiem, czy większość z nas chciałaby trafić do Krzemowej Doliny - ale na pewno wszyscy lubimy wiedzieć, że jest takie miejsce.

Swoistym mitem środowiskowym jest przedziwna mieszanina podziwu i niechęci, jaką darzymy Microsoft. Nie znam chyba człowieka, który miałby na jego temat jednoznacznie pozytywne zdanie. Znam wielu ludzi, którzy żywią nieuzasadnioną, irracjonalną niechęć dla Billa Gatesa i wszystkiego, co pochodzi z jego firmy. Szyderstwo z "Windoza" to żelazny temat dowcipów, które informatycy opowiadają na swoich imprezach. A jednak wszystkich łączy podziw dla drogi, którą przeszła firma od pierwszego DOS-a, systemu operacyjnego dla niezbyt poważnej architektury, do całej gamy znakomitych produktów, które firma dostarcza dziś. Drogi znaczonej nieomal samymi sukcesami, przekraczającymi oczekiwania największych optymistów.

Ktoś mógłby się zaniepokoić, że każdy z tych mitów spajających społeczność informatyków pochodzi z importu. Nie ma chyba ani jednego silnego mitu o polskim rodowodzie. Mamy kilka historii osobistego sukcesu w informatyce, takich jak np. życiorys Romana Kluski z Optimusa, ale brak nam "naszej" technologii czy produktu, który zrobiłby międzynarodową karierę.

Czy to źle? Można zazdrościć Anglikom postaci Clive Sinclaira, Rosjanom firm Kaspersky-Lab czy Google, Finom Nokii i Torvaldsa, ale... czy posiadanie "narodowego" mitu jest tak strasznie ważne? Wierząc w globalne mity, nasi informatycy stają się - jak żadna chyba inna grupa zawodowa - częścią ponadnarodowej społeczności informatycznej.

Wątpię, aby zrozumiał to mój przyjaciel-humanista, który zrobiłby mi teraz wykład o języku, archetypach kulturowych, świadomości narodowej itd. Ale wiem, że moi koledzy-informatycy rozumieją to doskonale.


TOP 200