Bankructwo, czyli rozwój

Zajrzałem ostatnio do kolejnego, papierowego numeru CW (dziękuję Wojtku za udostępnienie!) i zainteresowałem się informacją podaną na stronie trzeciej.

Zajrzałem ostatnio do kolejnego, papierowego numeru CW (dziękuję Wojtku za udostępnienie!) i zainteresowałem się informacją podaną na stronie trzeciej.

Normalnie, czyli online, sensacje biznesowe jakoś mnie nie rajcują, ale tu już tytuł wydał mi się intrygujący: "Sygnity zwiększa kapitał i sprzedaje aktywa"<sup>1</sup>). W tekście było jeszcze ciekawiej: "Celem emisji jest optymalizacja struktury kapitałowej pod kątem wsparcia prowadzonego procesu restrukturyzacji przy jednoczesnym zapewnieniu kontynuacji procesów inwestycyjnych" - wyjaśnia Piotr Kardach. Dla ustalenia uwagi, jest on prezesem zarządu Sygnity. O ile rozumiem nowomowę liderów polskiego biznesu, to powyższe oznacza, że firma nie ma kasy.

Rzeczywiście, w kolejnym akapicie podano, że grupa Sygnity miała w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2007 roku prawie 108 mln zł straty wobec ok. 12 mln straty rok wcześniej, przy obrotach odpowiednio 877 mln zł i 507 mln zł. Tak, kilkanaście procent strat to nie przelewki. Ale pan Kardach mówi twardo: "Zarząd Sygnity stwierdza, że nie ma przesłanek do spekulacji na temat potencjalnego bankructwa spółki". Niestety, wyniki finansowe grupy są jednoznaczne i jak najbardziej są przesłanką do spekulacji na temat przyszłości firmy. Dziwi mnie, że w tej sytuacji zarząd Sygnity zdecydował się na podjęcie kroków prawnych przeciwko spółce , kiedyś partnerowi, a obecnie hienie, która czeka na padlinę. Jak mówiła jej pani wiceprezes: "bankructwo Sygnity to dla nas duża szansa przejęcia pracowników oraz kontraktów i klientów". W pozwie, jak się domyślam, chodzi oczywiście o słówko na "b", które jest w biznesie niewymawialne. Szczególnie w firmach giełdowych.

"Sygnity może pozyskać z giełdy na restrukturyzację w ramach powiększania kapitału 70 mln zł" - to stwierdzenie podano w CW na pomarańczowym tle, jako bardzo ważne. Gołym okiem widać jednak, że ilość pieniędzy, którą można wyjąć z kieszeni inwestorów, jest relatywnie mała w stosunku do strat firmy. Giełda zresztą już od dawna nie ma złudzeń - akcje Sygnity spadły<sup>2</sup>) w ciągu ostatniego roku ze 120 do 30 zł, czyli czterokrotnie. Przy liczbie akcji na rynku nieco powyżej 10 mln, oznacza to kapitalizację firmy 300 mln zł. Niezbyt dużo, biorąc pod uwagę obroty, ale w dobrej zgodności z wartością księgową firmy. A jednak w wywiadzie (dostępny tylko online<sup>3</sup>), nie znalazł się w numerze papierowym) pan Kardach jest optymistą: "Perspektywy rynku IT w Polsce są obiecujące i Sygnity z pewnością będzie ich beneficjantem". To się nazywa dobre samopoczucie. Tak jakby przedtem rynek był w strasznym dole i dlatego Sygnity ponosiło straty. Tymczasem prezes planuje zwolnienie 500 pracowników (20% załogi grupy) oraz sprzedaje aktywa. Gdyby te działania dotyczyły budki z warzywami, no to brzydkie słówko na "b" byłoby na miejscu, ale w przypadku poważnej firmy giełdowej rzeczywiście trzeba założyć sprawę sądową konkurencji. Może wygra się parę złotych na spłatę długów?

Cała historia Sygnity budzi mój niesmak. Dobrze pamiętam, uwiecznione w jednym z moich felietonów<sup>4</sup>), dumne wypowiedzi Tomka Sielickiego nt. kreowania milionerów przez Computerland. Rzeczywiście, liczba akcji byłego prezesa gwarantuje mu ciągle jeszcze status milionera. Ale poza tym nie ma się czym chwalić. Zmieniono tylko nazwę firmy, co nie zatrzymało procesu jej rozkładu. A miało być tak pięknie...

<sup>1</sup>CW 46/793 z 11 grudnia 2007, str. 3http://www.computerworld.pl/artykuly/56776.html

<sup>2</sup>http://gielda.onet.pl/0,44,65,spolki.html

<sup>3</sup>http://www.computerworld.pl/news/133917.html

<sup>4</sup>http://www.computerworld.pl/artykuly/artykul.asp?id=23951