Bank myje

Nie zamierzam dołączać niniejszym do licznych ostatnio i popularnych tekstów o korupcji (''... ręka rękę myje...'') czy odgrzewać wracającego od czasu do czasu tematu tzw. prania brudnych pieniędzy. Temat będzie jednak w jakiś sposób odgrzewany, gdyż zamierzam wrócić do perypetii banku, który tak liczne i długotrwałe kłopoty sprowadził na swych klientów na przełomie kwietnia i maja, a teraz, gdy tamto już jako tako minęło, czyni wysiłki, aby stare kłopoty zastąpić nowymi.

Nie zamierzam dołączać niniejszym do licznych ostatnio i popularnych tekstów o korupcji (''... ręka rękę myje...'') czy odgrzewać wracającego od czasu do czasu tematu tzw. prania brudnych pieniędzy. Temat będzie jednak w jakiś sposób odgrzewany, gdyż zamierzam wrócić do perypetii banku, który tak liczne i długotrwałe kłopoty sprowadził na swych klientów na przełomie kwietnia i maja, a teraz, gdy tamto już jako tako minęło, czyni wysiłki, aby stare kłopoty zastąpić nowymi.

Gdyby próbować znaleźć różnicę między księgarniami i sklepami muzycznymi np. w Londynie czy Pradze a gdziekolwiek w Polsce, to sprowadza się ona przede wszystkim do naklejek. Tych z cenami. Tamtejsze naklejki z łatwością i bez śladu odchodzą, nasze natomiast - dzielnie trwają. A gdy uda się je nawet usunąć, to zostaje paskudny, gromadzący brud klej, z którym w żaden sposób poradzić sobie nie można.

Przechodząc do wspomnianego, działającego na całym świecie banku: już w ponad trzy miesiące od sławetnych kłopotów jego klienci (ci, którzy, tak jak ja, jeszcze zostali) otrzymali list z przeprosinami, podpisany przez jednego z prezesów. Towarzyszyło mu "Zestawienie nowych, korzystniejszych dla Klientów opłat i prowizji". Korzyść ta ma polegać na tym, że opłaty są albo wyższe, albo pojawiają się tam, gdzie ich dotąd nie było.

Można za to drukować już wyciągi w bankomatach: próżno jednak szukać na nich tak trywialnej informacji, jak saldo rachunku, a poszczególne kwoty operacji są drukowane bez przecinków między złotymi a groszami, co znakomicie ułatwia czytanie. Dla rekompensaty zapewne uzupełnia się je zerami z lewej strony, co przed laty czynili ci adepci programowania w asemblerze, którym trudno było zgłębić tajniki instrukcji edycji pola liczbowego.

W moim przypadku w osobnej kopercie była jeszcze nowa karta płatnicza, mająca zastąpić tę, której ważność upłynie z końcem sierpnia. Jest to istotne, gdyż nowa karta za miesiąc wydania ma lipiec i takiż miesiąc końca ważności. W związku z tym, co widać na wyciągu, w lipcu bank policzył sobie opłatę za używanie obu kart - starej i tej nowej, która dotarła do mnie w sierpniu, i która w wyniku tej manipulacji może służyć tylko przez 23 miesiące zamiast przez dwa lata.

Dalej - awers karty był zakryty czerwoną nalepką z numerem telefonu telecentrum, do którego - zgodnie z instrukcją na nalepce - zadzwoniłem, by kartę ożywić, czyli aktywować. Postępując dalej według instrukcji: przystąpiłem do usuwania nalepki. Skończyło się, jak z nalepkami na książkach z naszych księgarni - na karcie został klej i resztki nalepki.

Dzwonię jeszcze raz do telecentrum: - Tak, wiemy o tym, trzeba zmyć spirytusem! Poszedłem, kupiłem i zużyłem paczkę chusteczek tylko po to, by resztki kleju rozprowadzić równomiernie po całej powierzchni karty.

Nazajutrz, pełen determinacji, idę do najbliższego oddziału zażądać wymiany karty. A tam klienci przy stanowiskach coś długo załatwiają, tak że po chwili stoję na czele trzyosobowej kolejki. W końcu podchodzę i wyłuszczam mój problem. - "Nic trudnego" - mówi obsługująca pani. - "My o tym wiemy i zmywamy płynem do mycia naczyń" - i znika na zapleczu z moją kartą.

Wraca po pięciu minutach z kartą tak czystą, że nawet umieszczony na niej hologram przestał być czym jeszcze przed chwilą był. - "Z naszą kartą nawet kąpać się pan może" - dodaje z dumą. Nie mam ochoty wdawać się w dyskusję na temat tego, co jeszcze mogę robić nie rozstając się z kartą, do czego pani wyraźnie zmierza.

Do stanowiska podchodzi, trochę zniecierpliwiony, trochę zdenerwowany następny klient i nieśmiało pyta: - "Czy mi pani też umyje?..."