Asynchroniczny list miłosny

Nie mam nic przeciw zwyczajom, które chociażby nie wiem skąd pochodziły, to dowodzą istnienia w nas jeszcze jakichś śladów najzwyklejszego człowieczeństwa, wbrew temu, o czym świadczy otaczająca nas rzeczywistość, a którą zafundowaliśmy sobie podobno na własne życzenie.

Nie mam nic przeciw zwyczajom, które chociażby nie wiem skąd pochodziły, to dowodzą istnienia w nas jeszcze jakichś śladów najzwyklejszego człowieczeństwa, wbrew temu, o czym świadczy otaczająca nas rzeczywistość, a którą zafundowaliśmy sobie podobno na własne życzenie.

Mówiąc o importowanym zwyczaju, mam na myśli walentynki, które jeszcze kilkanaście lat temu były dla nas odległym, egzotycznym niemal obrzędem. Sam spotkałem się z nim pierwszy raz pod koniec lat 70., w klubie jazzowym Ronnie Scott's w Londynie, podczas koncertu big-bandu Woody Hermana. Musiała to być noc z 13 na 14 lutego, gdyż o północy, w przerwie między kolejnymi utworami, Herman złożył obecnym stosowne życzenia.

Dzień 14 lutego został uznany za dzień świętego Walentego w roku 1537 dekretem Króla Henryka VIII. Tak przynajmniej twierdzą Brytyjczycy.

Dzień ten pamiętam też z dzieciństwa: wówczas jednak powtarzano przysłowie, że "na święty Walek nie ma pod lodem balek", co miało być ostrzeżeniem przed lekkomyślnym wchodzeniem na lód, począwszy gdzieś od połowy lutego.

Wracając do tytułu tego felietonu - słowo "asynchroniczny" znalazło się tam po pierwsze dlatego, aby nawiązać do czegokolwiek kojarzącego się z informatyką, po drugie - by podkreślić sposób powstania tego tekstu.

Otóż teksty okolicznościowe można pisać tak, aby w określonym dniu albo blisko tego dnia ukazały się w druku (taki był felieton zatytułowany 28 lutego), albo, tak jak ten, który ukaże się później, czyli asynchronicznie, ale za to powstaje w dniu, o którym mowa.

To, że jakiś dzień, jak dzisiejszy, jest w pewien sposób szczególny, łatwo poznać, nawet nie ruszając się z domu czy z pracy: poczta elektroniczna działa leniwie, Internet miewa zahamowania. Mimo, a może dlatego że akurat do nas nie trafia nic, co pozwoliłoby z tym dniem skojarzyć, wyobrażamy sobie przeciążone wyznaniami sieci i systemy poczty elektronicznej, rozgrzane gorącymi SMS-ami telefony i liczniejsze w takim dniu sygnały squillo.

O tych ostatnich pisałem w sierpniu ubiegłego roku. Są to pojedyncze wywołania telefonów komórkowych, nie wymagające odbierania i dowodzące pamięci o kimś bądź domyślnie wyrażające coś więcej. Szczególnie popularne we Włoszech. Okazuje się jednak, że - według informacji jednego z czytelników (dziękuję!) - mamy jego polską odmianę - rebours. Otóż w Polsce sygnały takie bywają wysyłane przez złośliwców po to, by pozostając w cieniu, cieszyć się kłopotami kolegów, którym telefon zadzwoni w trakcie lekcji, wywołując wiadomą reakcję nauczyciela.

Statystyki (czy wypada w takim dniu cytować statystyki?) mówią, że z okazji walentynek wysyła się na świecie blisko miliard kartek, co daje temu świętu drugie miejsce na świecie po gwiazdce. Pierwszą tego rodzaju kartkę miał wysłać do swej żony, w roku 1415, Książę Karol Orleański z więzienia (Tower of London), do którego trafił po dostaniu się do niewoli w słynnej bitwie pod Agincourt.

Poza kartkami, na ten dzień na świecie ścina się (i wręcza albo wysyła - i wtedy koniecznie anonimowo) ponad sto pięćdziesiąt milionów róż.

Jak czytelnicy z łatwością się zorientowali, tekst ten jest nie tylko asynchroniczny, ale również asymetryczny, gdyż jest jednoosobowym teoretyzowa- niem zza klawiatury na temat tak bardzo dotyczący dwojga. Aby tak jednak do końca nie było, zróbmy coś, co dowiedzie, że potrafimy wyjść poza teorię: wyślijmy to jedno, jedyne w tym dniu squillo... Pora, co prawda, jest już późna, ale w taki dzień możemy chyba liczyć na odrobinę tolerancji. A może i przychylności?


TOP 200