Asperger z dużej litery

Rodzina uważa, że mam syndrom Aspergera. Słaby, bo słaby, ale zawsze. Dla tych z Czytelników, którym nie chce się sprawdzać w Wikipedii, cóż to takiego ten "Asperger" (nie mylić z rabarbarem), napiszę tylko, że jest to odchylenie od normy zachowań społecznych, objawiające się przede wszystkim izolowaniem się od innych ludzi.

Podobno wielu programistów ma Aspergera. Ale u mnie główne objawy są tymi, które na liście charakterystyki syndromu wymieniane są w drugiej kolejności. Otóż aspergerowcy zwracają wielką uwagę na dobór słów, różnorodność i na pedantyczną poprawność ich użycia.

Mój Asperger dlatego jest słaby, gdyż nie w rozmowach (tych rzeczywiście nie lubię), ale w tekstach pisanych dopatruję się braku przecinków, dodatkowych spacji oraz innych błędów. Za błędy uważanych przeze mnie, a nie przez innych. Niestety, wymyślający reguły pisania internetowego, a przede wszystkim internetowe nazwy, powodują u mnie stały stan rozdrażnienia. Wszystko zaczęło się od dodawania literki "e" do różnych słów, co niby miało oznaczać "elektroniczne", jak e-książki, e-handel lub e-sex. Już fakt możliwości użycia myślnika lub nie (jestem przeciw!) był bardzo bolesny. Ale naprawdę cierpiałem, gdy widziałem nowy akapit, zaczynający się od słowa "EBay". No bo jakże to, przecież eBay nie powinien mieć pierwszej literki jako kapitalika. Nigdy. A tu, szczególnie w informacjach internetowych, zapewne automaty przestawiały.

Prawdziwe nieszczęście nastąpiło jednak, gdy firma Apple zdecydowała się nazwać swoje komputery "iMac". Owszem, bez myślnika, co pochwalam. Ale dopiero wtedy zaczęło się szaleństwo akapitowe. Ostatecznie pisząc o nowych maczkach, często gęsto zaczyna się od wymienienia nazwy produktu. A wtedy automat, a może także korekta, zamienia natychmiast pierwsze "i" na kapitalik. Widząc "IMac" dostawałem gęsiej skórki. Co gorzej, nie wiem jak powinno się pisać poprawnie. "Imac" nie wygląda dobrze. Więc chyba jednak zostawiać "iMac"...

Z drugiej strony, nic tak nie cieszy prawdziwego aspergera jak dobra gra słów albo liter. Dlatego z prawdziwą rozkoszą przyjąłem nazwę książki Wozniaka "iWoz". Nie tylko poprawnie napisane (bez myślnika), ale jeszcze dowcipnie o tym, kim był autor. Nieautoryzowana biografia Jobsa "iCon" wzbudziła mój prawdziwy entuzjazm - główna siła sprawcza sukcesu firmy Apple oraz nowej pisowni nazw została objawiona jedną literką jako oszustwo. To majstersztyk! Zresztą sam Jobs jakby nieco popadł w manierę. iPod (o, tu właśnie nie należy używać dużego "I", tylko małe, tak mi się przykład nasunął sam z siebie) był wg mnie na granicy dobrego smaku. Podobnie iPhone, choć można się tu doszukiwać pewnego sensu ("ja dzwonię"). Na pewno zaś nazwa iPad to poważny błąd. Nie tylko będzie myliła się z iPodem, to jeszcze co gorzej kojarzy się (w kręgu kultury angielskojęzycznej) z internetową... podpaską. Fi donc!

Oczywiście, w życiu codziennym stosuję się do mych zasad ortograficznych. Wszystkie maczki w domu nazywają się od pierwszych liter użytkowników, choć z pewnymi problemami, gdyż Kuba, Krysia oraz Ksawery zaczynają się od tej samej litery. Na szczęście, żona ma inne prywatne imię, zaś syn woli pisać się przez "X", więc mamy na domowym ruterze zarejestrowane "gMac" oraz "xMac". Ja zaś, skoro lubię podpisywać się jedną literą "Q" (co za wygoda w kontaktach z innymi), nazwałem swego "qMac", dodając mu trochę sensu. Aspergerowo.