Antyreengineering, czyli egzaminy

Wakacje rozpoczęły się tradycyjnie. Upały nieziemskie w maju i czerwcu, a na przełomie czerwca i lipca "batalia o indeksy". To wojskowe określenie egzaminów wstępnych na uczelnie przetrwało od czasów schyłkowego Gomułki, a następnie Gierka i generała aż do dzisiejszego kapitalizmu. Po co? Żeby zachować ciągłość, a przy okazji dać zarobić?

Wakacje rozpoczęły się tradycyjnie. Upały nieziemskie w maju i czerwcu, a na przełomie czerwca i lipca "batalia o indeksy". To wojskowe określenie egzaminów wstępnych na uczelnie przetrwało od czasów schyłkowego Gomułki, a następnie Gierka i generała aż do dzisiejszego kapitalizmu. Po co? Żeby zachować ciągłość, a przy okazji dać zarobić?

Jak na tradycyjną bzdurę, mamy do czynienia z dość typową historią. Same egzaminy wstępne zarządzono w istotnym celu, jakkolwiek nikt już nie pamięta, kiedy i po co. Jak to czasami bywa, procedura przeżyła do dziś i w końcu ujawniły się jej złe strony. Dokładniej, dały o sobie znać negatywne aspekty tego sposobu selekcjonowania kandydatów na studia. W tym roku po raz kolejny miały miejsce zdarzenia, które myślącym ludziom pozwoliły wnioskować, że tzw. egzaminy wstępne są zwykłą lipą, która ma stworzyć pozory dobrej roboty. Jest to w pełni zrozumiałe dla młodego asystenta wyznaczonego do "pilnowania egzaminów". Każdy zauważy pozorność takich "zabezpieczeń", mających teoretycznie zapewnić wiarygodność egzaminów, a nie wykluczyć oszustwa. Na dodatek "nowoczesne szkolnictwo wyższe" zaangażowało do tej gry pozorów nowoczesną technikę informacyjną, czyli komputery. Dziś nawet taki sztafaż nie zamydli oczu obserwatorom. Jak to jest, że ludzie wykształceni, posługujący się najnowocześniejszą techniką, mają tak dużo atencji dla archaicznych form organizacyjnych. I skąd ta afirmacja nowej techniki? Perspektywa "komputeryzacji" wielu zachwyca, podczas gdy Hammer & Champy (autorzy reengineeringu) przyrównują ją do "brukowania ścieżek dla bydła" lub "nalewania kwaśnego wina do umytych butelek". Czyżby ci profesorowie uniwersytetu Harvarda nie rozumieli techniki informacyjnej?

Oni po prostu radzą najpierw przeanalizować organizację i procedury, potem zaprojektować nowe, a dopiero w razie zaistnienia potrzeby użyć techniki informacyjnej. My tymczasem z maniakalnym uporem komputeryzujemy niesprawne, archaiczne praktyki. Przykłady organizacji egzaminu wstępnego, działania dziekanatów uczelni to tylko dwa przykłady dopłacania do działań, które od dawna nie dodają wartości do produktu (usług). W rezultacie zdegenerowały się i są coraz częściej domeną amatorów nieuczciwego zysku. Pozory nowoczesnych zabezpieczeń coraz rzadziej przeszkadzają oszustom. Inne nacje lepiej poradziły sobie z problemem. Egzaminy dopuszczające do studiów zdaje się w wyspecjalizowanej organizacji za opłatą wnoszoną przez kandydata w terminie wyznaczonym przez firmę egzaminującą. Organizator przesyła wyniki egzaminu do uczelni wskazanej przez kandydata. Uczelni pozostaje ułożenie przysłanych wyników egzaminu według punktacji i... po rekrutacji. Cały zabieg można nazwać outsourcingiem. Stosuje się go po to, by zyskać korzyści w postaci: wyselekcjonowania najlepszych kandydatów, oszczędności zasobów, zapewnienia kandydatom najdogodniejszych warunków egzaminów.

Zacząłem od egzaminów wstępnych, a zakończyłem uwagami ogólnymi o niezdolności szkolnictwa do zmian. Ten bezwład utrudnia studentom przystosowanie do nowych warunków. Do Nowej Ekonomii przystosują się ci, którzy potrafią się zmieniać. Markujący zmiany, ośmieszają się i odpadają. Musimy szybko zaniechać nieproduktywnych działań, takich jak egzaminy wstępne, i dokonać rzeczywistych zmian programów studiów, podporządkowanych wcześniej sformułowanym celom i światowym standardom.