Analfabetyzm powtórny

Firma A przyjeżdża na jakieś spotkanie do firmy B. Co widać w chwilę po przywitaniu? Widać, że siedzą naprzeciw siebie dwa rzędy ludzi, z których każdy, niczym jakąś tarczę, ma przed sobą komputer. Ponieważ komputery znajdują się wtedy bliżej siebie niż ludzie, a ich ekrany chylą się ku sobie niemal się stykając, sprawia to wrażenie spotkania komputerów z ludźmi w tle.

Firma A przyjeżdża na jakieś spotkanie do firmy B. Co widać w chwilę po przywitaniu? Widać, że siedzą naprzeciw siebie dwa rzędy ludzi, z których każdy, niczym jakąś tarczę, ma przed sobą komputer. Ponieważ komputery znajdują się wtedy bliżej siebie niż ludzie, a ich ekrany chylą się ku sobie niemal się stykając, sprawia to wrażenie spotkania komputerów z ludźmi w tle.

Na komputerze pokazuje się to, co jest do pokazania (bo pod ręką bywa zazwyczaj kabel do jakiegoś projektora) i na którymś z obecnych komputerów powstaje zapis ze spotkania. Zapis, kiedyś zwany protokołem, a teraz zdegradowany do rangi zwykłej notatki. Na ogół nikt nie pisze na papierze.

No właśnie - skoro nikt nie pisze na papierze - jak to właściwie jest z tym pisaniem ręcznym (ale bez pośrednictwa klawiatury)?

Sam muszę przyznać, że dłuższy list napisałem ręcznie jakieś trzy, może cztery lata temu, ale za to dużo, chociaż niezbyt czytelnie dla otoczenia, notuję w trakcie licznych podróży koleją. Gdy jednak przyszło mi ostatnio wypełniać ręcznie kilka oficjalnych formularzy, kilka razy miałem jakieś dziwne zacięcia przy łączeniu liter, a niektóre z nich wyszły jakby mało kształtne, czy nawet nie bardzo do siebie podobne. Trudno to zrzucać na karb wieku, tak jak to się robi z coraz częstszymi pomyłkami na klawiaturze.

To chyba jednak przede wszystkim wychodzenie z wprawy w pisaniu ręcznym, czyli prosta droga prowadząca do zjawiska zwanego wtórnym analfabetyzmem.

W szkołach uczono mnie pisania i czytania w trzech alfabetach: łacińskim, cyrylicą i gotykiem i wszystkimi nimi potrafiłem kiedyś posługiwać się z równą łatwością. Aby przekonać się, jak to jest z tym teraz, wyszukałem starą niemiecką książkę i kupiłem, całkiem świeżą, rosyjską gazetę. Czytanie (nie mylić z rozumieniem) - we wszystkich trzech bez problemu (trzeba jednak dodać, że gotyk pisany i drukowany to dwa różne światy). Pisanie: gotyk - zero, a cyrylica tak jak alfabet łaciński, chociaż nieco wolniej i bardziej wyraźnie.

Wspomniane kłopoty z tzw. ładnym pisaniem ręcznym mam mimo tego, że lubię i wolę pisać ręcznie. W ten sposób powstają wszystkie te felietony i w ogóle większość tego, co tu czy tam ukazuje się w końcu drukiem. Do komputera przepisuję zazwyczaj z pełnego skreśleń i dopisków rękopisu co oznacza, że główne cyzelowanie tekstu też odbywa się ręcznie, na papierze.

Amerykanie skarżą się, że szkoły coraz mniej uwagi przykładają do nauki pisania ręcznego (podobno nawet są tam i przedszkola, które zaczynają od razu od klawiatury). Skutkiem tego ma być m.in. to, że nawet niektóre prace egzaminacyjne młodzież pisze literami quasi-drukowanymi, stawianymi oddzielnie.

Jak sprawy dalej w tym kierunku pójdą (a dlaczego niby nie miałyby iść?), to wkrótce pojawi się nam niespodziewana bariera pokoleniowa: starsi będą jeszcze umieli pisać ręcznie, ale młodsi nie będą w stanie, z braku kontaktu z różnymi stylami pisma ręcznego, tego przeczytać.

No i zadziała wtedy ten sam mechanizm, który dopadł mnie kiedyś na... komputerze. Mianowicie kurczowo trzymałem się wtedy jakiejś wówczas bardzo starej wersji edytora MS Word, bo do moich potrzeb całkowicie mi ona wystarczała. Do czasu jednak, bo otoczenie uważało inaczej i co raz to dostawałem skądś tekst, którego swoim edytorem nie mogłem odczytać. Początkowo radziłem sobie prosząc kogoś o dokonanie konwersji, ale, po jakimś czasie, konwersji wymagało już niemal wszystko, więc zmuszony byłem się poddać.

Kiedyś pełni analfabeci podpisywali się niezdarnym, bo niewprawną ręką stawianym, znakiem krzyża. Półanalfabeta XXI wieku będzie umiał się podpisać tylko elektronicznie.


TOP 200