Alfonsem być

A więc nie udało mi się długo ukrywać przykrej prawdy o mej prawdziwej profesji. Niestety, pan Jan Orlik w krótkiej notatce na trzeciej (wiodącej) stronie siódmego numeru CW z tego roku ujawnił wszystko. A nawet więcej.

A więc nie udało mi się długo ukrywać przykrej prawdy o mej prawdziwej profesji. Niestety, pan Jan Orlik w krótkiej notatce na trzeciej (wiodącej) stronie siódmego numeru CW z tego roku ujawnił wszystko. A nawet więcej.

Okazało się, że jestem autorem SWOICH felietonów, także tego zatytułowanego "Pokochać dziwkę". Przyznaję się bez bicia: rzeczywiście pisuję od czasu do czasu felietony do Computerworlda i są one jak najbardziej moje, podobnie jak i teksty pisywane pod pseudonimami Kuraś, Kowalski, Raducha oraz dla całkowitego zmylenia Czytelników także jako Bartczak (wtedy, niestety, muszę dbać o zachowanie właściwej formy "byłam, robiłam"). Ból tworzenia, którego doświadczanie tak głęboko rozumie pan Orlik, towarzyszy mi już od lat. Jako znany masochista, katuję się w ten sposób rankami i wieczorami, czasami także w niedziele i święta. Dlatego właśnie tworzę pod pseudonimami, aby tym bardziej cierpieć. Jak wiadomo, prawdziwy romantyk powinien cierpieć za miliony, a ja na razie tylko za kilkoro. Cóż, widać zbyt mało romantyzmu we mnie.

Kartka wyrwana, jak się domyślam, z notatnika służbowego Pana Jana docenia jednak moją odwagę porównania "naszego (?) zawodu do najstarszego zawodu świata". Po pierwsze - miły adwersarzu, jak już się katować, to po co powtarzać słowa? Zawód to zawód, nawet miłosny. Po wtóre - nie bardzo wiem o jakim "naszym" zawodzie mówimy, bo w dalszej części tekstu daje Pan do zrozumienia Czytelnikom, że ja uprawiam co najmniej kuplerstwo, a może nawet jestem alfonsem, Pan zaś zapewne jesteś informatykiem (nie jest to do końca jasne). Jakże bowiem inaczej rozumieć zdanie zamykające Pański tekst: "Istnieje jeszcze możliwość, że panie te (mowa chyba o prostytutkach, które to słowo nie może przejść przez pióro Pana Jana) mają jakieś premie, o których ja (tj. P. Orlik) nic nie wiem, a wie Kuba Tatarkiewicz?".

Oczywiście, że mają! Płacę czekiem z ręki do ręki, bowiem doceniam kobiety dla mnie pracujące. Na pewno bardziej niż informatyków od siedmiu boleści, takich, którzy tworzyli tak wspaniałe systemy, jak Poltax oraz Program Płatnika. Czyżby po lekturze mego tekstu miał Pan jakiekolwiek wątpliwości? Trzeba było grzecznie, jak w wojsku, poprosić panią małżonkę o pozwolenie na rozmowę z dziwkami, a wtedy miałby Pan informacje z pierwszej, że tak powiem ręki, a nie z plotek.

Rzeczywiście, w moim tekście brakowało stwierdzenia, że nasze (czyje? Pana Orlika czy moja?) stawki są zdecydowanie wyższe od stawek ulicznic. Być może utraciłem już całkowicie kontakt z polskimi realiami, ale listy Czytelników co i rusz uświadamiają mi, że nawet pensja informatyka w polskich oddziałach dużych koncernów zachodnich jest śmiesznie niska w porównaniu do zarobków "reprezentantek najstarszego zawodu świata". Chyba że te reprezentantki są rzeczywiście najstarsze, ale wtedy, drogi Panie, nie ma powodu obawiać się żony. Wybaczy.

Nie mogę tylko pojąć jednego pewnika z Pańskiego tekstu. Skąd Pan wie, że jesteśmy (obaj? wszyscy?) jednak lepsi od ladacznic?! W jakim sensie? I dlaczego "jednak"? Ja pod tak odważnym stwierdzeniem nie miałbym odwagi się podpisać. Jak mawiała moja śp. Babka Teresa Tatarkiewiczowa, mniej "lektury mądrych gazet", a więcej obserwacji. A jeśli już czytać, to przypowieść o Magdalenie. Kamieniami łatwo się rzuca...


TOP 200