Albo, albo

W czasach niedawnej jeszcze Polski moi rodzice mieli niezwykle ograniczone możliwości wyboru. Właściwie w ogromnej większości przypadków nie mieli wyboru. Jeśli mieli, to był to tak zwany wybór albo - albo.

W czasach niedawnej jeszcze Polski moi rodzice mieli niezwykle ograniczone możliwości wyboru. Właściwie w ogromnej większości przypadków nie mieli wyboru. Jeśli mieli, to był to tak zwany wybór albo - albo.

W mieszkaniu, wyczekanym przez wieczność, wybrać mogli szare płytki PCV nakrapiane beżowymi smugami albo beżowe zdobione szarymi smugami. Meble do kuchni kupić mogli białe albo brązowe. Wybierać mogli spośród dwóch samochodów: syrenka albo maluch. Na urlop pojechać mogli do ośrodka FWP (dla nie znających najnowszej historii Polski wyjaśniam, że był to Fundusz Wczasów Pracowniczych) albo mogli nie jechać wcale. Herbatę mogli pić "Madras" albo "Ulung". Wannę mogli mieć białą albo wcale. Telefon też czerwony albo wcale. Lody mogli kupować mi calipso albo w gałkach u jedynego cukiernika w mieście. Z czekoladami (jeśli były) to było już szaleństwo: 22 Lipca, Goplana, Wawel i jakieś jeszcze. Ser jedliśmy salami albo tylżycki. No i od pewnego czasu moi rodzice dobrowolnie wybierali pierwszy albo drugi program telewizji. Na dobranoc zęby myli (ja też) pastą Nivea albo Pollena.

Takie ograniczone i wąskie możliwości wyboru urozmaicały życie nie tylko moich rodziców, aczkolwiek to najlepiej pamiętam, ale także większości Polaków. Wszyscy mieli jednakowe gusty, a jeśli ktoś miał gust inny, polegało to na tym, że zamiast wersalki (szarej), podobać mu się musiała amerykanka (brązowa). Piękny to był świat. Świat, w którym mało mieliśmy okazji do podejmowania decyzji. Rynkowo byliśmy aż nadto doskonale posegregowani.

I stało się. Nagle ze świata rynkowej ascezy trafiliśmy do świata rozpasanej i nieograniczonej konsumpcji. I jakoś tak to wygląda niewesoło, gdy obserwuję ulice Warszawy w niedzielne przed- i popołudnie, kiedy to moi dalsi i bliżsi sąsiedzi siedzą w swych luksusowych pojazdach (ile tego teraz jest), będąc w podróży do supermarketów i innych centrów handlowych. To w nich nadrabiamy dziś zaległości w podejmowaniu decyzji. A możliwość podejmowania decyzji to nic innego jak wolność. Tylko czy ekspresją wolności jest właśnie kupowanie? Czy kupowanie i marzenie o kupowaniu i posiadaniu może być jedynym przejawem istnienia? Gdy patrzę na powstające coraz to nowe centra handlowe, sam zaczynam wierzyć, że jest to możliwe. A czeka nas kolejna pułapka świątyni zakupów - Internet, kolejna kraina świecidełek, po której spacerując trudno nie ulec zauroczeniu. Ale czy może być inaczej? Czy istnieje trzecia droga?