Ach panie, panowie...

Nie wiem, czy w innych niż Wielkopolska rejonach kraju tak się mawia, czy mawiało, ale na wielkopolskiej prowincji popularny był kiedyś zwrot "panie Pón" ("panie Pan" - staram się zapisać to fonetycznie).

Nie wiem, czy w innych niż Wielkopolska rejonach kraju tak się mawia, czy mawiało, ale na wielkopolskiej prowincji popularny był kiedyś zwrot "panie Pón" ("panie Pan" - staram się zapisać to fonetycznie).

Używano go, gdy zwracający się do drugiego nie znał jego nazwiska, i to drugie "pan" właśnie je zastępowało. Bo gdyby znał, powiedziałby po prostu np. "panie Iksiński".

Pisałem tu kiedyś o tytułomanii, która panuje w starych, istniejących od bardzo dawna, organizacjach, takich jak uczelnie, banki, kolej czy poczta. Omijała ona jakoś przemysł, nawet ten bardzo stary, co sam pamiętam. Dyrektor był tam jeden, miał kilku zastępców, a dalej byli już tylko kierownicy, nawet gdy podlegała im liczona w tysiącach osób załoga.

W obecnej administracji naszej zaś, nieważne czy lokalnej czy rządowej, wykształciła się jeszcze inna forma tytułomanii, o czym niedawno miałem okazję się przekonać, przeglądając sporą liczbę stron internetowych urzędów różnych szczebli.

Tam nadużywa się zwrotów "pan" i "pani" i jest to nadużywanie nie tylko ilościowe, ale - jeżeli można to tak określić - także jakościowe. Konteksty i sposób używania tych zwrotów świadczy o tym, że pisze się je niemal w pozycji na klęczkach, dowodząc mieszaniny poddaństwa, służalczości, uniżoności i uwielbienia wobec urzędniczego majestatu. Formą dowartościowania jest tam, niemal zawsze, pisanie zwrotu pan/pani i ewentualnych innych tytułów i stanowisk z dużej litery, by już nikt nie miał wątpliwości, z jak ważną i poważną personą ma do czynienia.

Podobnie jest w prasie, radiu i telewizji. Nikt nie powie tam "dyrektor Iksiński" tylko "pan dyrektor Iksiński". Podczas gdy gdzie indziej mówi się zwyczajnie "prezydent", u nas musi być "Pan Prezydent", bo bez "pana" i dużych liter byłby prezydentem gorszym.

Co tu zresztą dywagować, skoro, jak się te sprawy mają, można sprawdzić np. w internecie. Dobrze nadaje się do tego Google, bo pozwala sprawdzać tylko polskie strony i oddzielić w ten sposób Czechów, którzy, mimo że bardziej plebejscy, zdają się mieć podobne skłonności. Niektóre wyniki zaskakują, szczególnie gdy uwzględnić jeszcze różnicę płci.

I tak np. "pan premier" pojawia się 156 tys. razy, ale premierów mieliśmy kilku, a "pani premier" była tylko jedna i jej licznik sięga aż 25 tysięcy.

Prezydentów (173 tys. razy "pan prezydent") biją liczbowo ministrowie (pań i panów niemal po równo, bo po około 220 tys.). No - ale ilu to mamy ministrów! Równość płci panuje też na poziomie prezesów (po ok. 90 tys.), zaskakują natomiast dyrektorzy (panów niecałe 100 tys., pań - 218 tys.) i doktorzy (panie 229 tys., panowie 115 tys.). Szokująca jest różnica między magistrami - panów niecały tysiąc, pań tysięcy trzydzieści.

Sfery uważane przez niektórych za niższe wypadają kiepsko, bo np. panów dozorców i pań dozorczyń jest ledwo po niecałym tysiącu, ale - co zdaje się przeczyć dopiero co postawionej tezie - równie słabo ilościowo wypadają panie hrabiny i panowie hrabiowie.

Prawie 4 tys. razy pojawia się nawet "pan ksiądz" i to wcale, co sprawdziłem na kilku przykładach, nie zawsze w użyciu pejoratywnym czy z przekąsem.

W ogólności śmieszy cała ta uniżoność i czołobitność, te Panie i ci Panowie dowartościowywani z dużej litery. Sam wolę już od tego francuskie podejście obywatelskie, niż kiepskie naśladownictwo, pisanego po nazwisku, brytyjskiego (ale nie amerykańskiego!) "Esq.".

Zjawisko, jednak, zdaje się u nas poszerzać i jeszcze trochę, a będziemy mieli stosunki, jak to obrazowo określał kiedyś lud wielkopolski: Jo ci mu ci pón, a ón ci mi ci wy. To jo ci mu ci wy, a ón ci mi ci ty. A jak jo ci mu ci ty, to ón ci mi ci w pysk.