A w kuchni po staremu

Prywatna firma planuje załogowy lot na Marsa, samochody jeżdżą bez kierowców, a w kuchni, sercu każdego domu, nowe technologie są wyraźnie z tyłu.

Prywatna firma planuje załogowy lot na Marsa, samochody jeżdżą bez kierowców, giełdy kupują i sprzedają bez udziału człowieka, roboty wykonują skomplikowane operacje na otwartym sercu, a algorytmy decydują, czy dostaniemy kredyt czy nie. Tymczasem w kuchni, sercu każdego domu, nowe technologie są wyraźnie z tyłu. Panują tu bowiem techniki jak za króla Ćwieczka.

W kulinariach najistotniejsza zmiana, jaka dokonała się ostatnio w kuchniach, to pojawianie się dwóch urządzeń: lodówki elektrycznej i kuchenki gazowej (a potem elektrycznej) w miejsce kuchni węglowej. Było to po drugiej wojnie światowej, mniej więcej 50–60 lat temu. Od tego czasu marsz urządzeń kuchennych ku nowoczesności odbywa się noga za nogą. Co kilka lat producenci dodają niewielkie usprawnienia, np. piekarnikowy termometr bezprzewodowy zamiast takiego na kablu, ale to kosmetyka. Co więcej, na bogatym pronaturalnym Zachodzie kuchenki mikrofalowe są w odwrocie. Francuscy wojskowi w latach 70. XX wieku wymyślili gotowanie w kąpieli wodnej w podciśnieniu, dzięki czemu dania mogą być przygotowane bez konserwantów wcześniej, ale czekają na ostateczną obróbkę 2–3 tygodnie. Jest to metoda sous vide, która właśnie teraz, czyli po ponad 30 latach, przebija się na rynek konsumencki i zachwyca amerykańskich blogerów kulinarnych. Przełomu brak, a w kuchniach nadal liczy się brutalna siła i kult wielkości.

Zobacz również:

Michał Bonarowski

Michał Bonarowski

W decyzjach konsumenckich istotne jest nie to, jak urządzenie pomoże oszczędzić czas albo energię, ale to, jaką ma moc i rozmiar. Roboty kuchenne, miksery, malaksery muszą mieć solidny silnik. Lodówki – rozmiary szafy trzydrzwiowej. Piekarniki muszą być przepastne, a czajniki pojemne i szybko gotować wodę. I koniec. Reszta usprawnień to gadżety. Ale wśród nich jest kilka takich, które, choć dziś niepozorne, mogą sporo namieszać w przyszłości.

Rozwój nastąpi tam, gdzie już dziś pojawią się mikromierniki, które można podłączyć do smartfona, a dane zbierane i przetwarzane przez nie mogą wpływać na sposób przygotowania posiłków.

Na pierwszym miejscu jest lodówka, która sama zamawia produkty przez internet. Z reguły identyfikuje produkty spożywcze po znacznikach RFID w opakowaniach albo rozpoznając produkty po analizie ich wyglądu. Urządzenia takie jako części systemu inteligentnego domu sprzedawane są już od kilkunastu lat. Dopiero podłączenie ich do smartfona i agregacja informacji o zamówieniach umożliwiają zarządzanie zakupami od strony budżetowej: możemy analizować zakupy w dłuższym czasie, zarządzać subskrypcjami, planami taryfowymi itp. Automatyzacja zakupów może mieć też inny scenariusz: każdemu rodzajowi ustandaryzowanych produktów da się przypisać jeden bezprzewodowy przycisk. Jego naciśniecie spowoduje zamówienie kolejnej dostawy tego produktu. Zamiast wymieniać lodówkę na drogą i skomplikowaną, wystarczy mieć przyczepiany do zwykłej lodówki magnesem przycisk, który dokona zamówienia. Dyskusyjne zostaje, co zrobić z zamówieniami, które trzeba lekko choćby modyfikować, ale na razie nie zajmują się tym kuchenni wizjonerzy.

Druga kuchenna dziedzina, która może rozwinąć się szybciej niż inne, to zautomatyzowane rozpoznawanie produktów – ich cech chemicznych i fizycznych. Rodzicem serii takich urządzeń może być spektrometr podłączony do smartfona. Gdy nakierujemy go na dowolny produkt spożywczy, na smartfonie wyświetlą się informacje dotyczące jego składu chemicznego i postaci fizycznej. A od tego już tylko krok do sprawdzania świeżości, identyfikacji cech odżywczych i wyszukiwania możliwych kombinacji z innymi produktami w daniach. Kiedy to nastąpi? Chyba nieprędko. Spektrometry można dziś kupić za kilkaset dolarów od start-upów zbierających pieniądze na serwisach crowdfundingowych, więc masowość to jeszcze pieśń przyszłości. Zamiast tego zostają nam aplikacje do zbierania i wymieniania się przepisami. Jak zeszytami z recepturami wymieniały się nasze mamy, babcie i prababcie. A więc w kuchni – przynajmniej na razie – po staremu.