A co z rysunkami?

Dwa przedmioty były dla mnie zmorą przez cały okres szkolny: rysunki i śpiew. I nie chodziło nawet o to, że z obu dostawałem na kolejnych świadectwach tróję z łaski. Bardziej dojmujące były niemożność pokonania samego siebie i przekroczenia granicy, za którą inni poruszali się z łatwością, gdy tylko przyszła im ochota.

Dwa przedmioty były dla mnie zmorą przez cały okres szkolny: rysunki i śpiew. I nie chodziło nawet o to, że z obu dostawałem na kolejnych świadectwach tróję z łaski. Bardziej dojmujące były niemożność pokonania samego siebie i przekroczenia granicy, za którą inni poruszali się z łatwością, gdy tylko przyszła im ochota.

Ja zaś mogłem tylko odgrywać nuty na fortepianie, bo tam każdej z nich przypisany był konkretny klawisz. Próby gry na innych instrumentach były z góry skazane na niepowodzenie, co nie oznacza, że ich desperacko nie podejmowałem. Słuch mój wykrywał, co prawda, fałszywe tony, zagranie jednak czegokolwiek ze słuchu było poza moimi możliwościami.

Toteż zupełnie niepojęte i graniczące z magią było dla mnie, gdy Ojciec, którego jedyną muzyczną edukacją były lekcje fortepianu pobierane w młodości, siadał przy radiu z zeszytem nutowym i zwyczajnie zapisywał właśnie słyszaną melodię. Zapisywał po to, abym ja, niczym jakiś automat, mógł to później z tych nut odtworzyć.

Podobnie jak ze śpiewem, było u mnie z rysunkami, gdzie tysięczne próby opanowania perspektywy czy oddania rysów czyjejś twarzy kończyły się efektami podobnymi do tych ze śpiewu.

Techniki rejestracji muzyki w celu jej późniejszego, wielokrotnego odtwarzania przeszły w historii olbrzymie zmiany. Na początku śpiewacy zdzierali gardła, gdyż każdy egzemplarz nagrania wymagał odrębnego, bezpośrednio rejestrowanego, wykonania. Potem opanowano sztukę powielania nagrań w wielu egzemplarzach, a następnie składania nagrań z fragmentów różnych wykonań tego samego utworu po to, by całość brzmiała i była technicznie bez zarzutu. Jeszcze później sięgnięto po oddzielne nagrywanie poszczególnych solistów i instrumentalistów, by dopiero po nagraniu składać wszystko w całość, zmieniając przy okazji np. tempo i dynamikę.

Powstałe w wyniku takich zabiegów swoiste sztuczności budziły i budzą zastrzeżenia koneserów, którzy wolą nagrania wykonań na żywo i w całości, nawet jeżeli nie są one doskonałe technicznie i zawierają potknięcia wykonawcze.

Teraz jednak i do tej dziedziny na dobre zabrały się komputery i - jak to one - czynią rewolucję na swój, komputerowy sposób. A dzięki programowi o nazwie "Melodyne" (www.celemony.com) możliwe jest obecnie poprawianie jakości nagrań pod tyloma względami, że po takich zabiegach każdy może grać jak Richter czy śpiewać jak Domingo.

Program ten potrafi więc przetworzyć nagranie każdej ścieżki na widoczne na ekranie nuty, zaznaczając również ich trwanie, widmo i dynamikę. Można skorygować, już bez udziału wykonawcy, każde niedociągnięcie, łącznie z np. wyrównaniem przebiegu niezbyt czysto zaśpiewanego wibrata lub wprowadzeniem go tam, gdzie nie było nawet jego śladu. Można zmieniać wysokość tonów, ich barwę, tempo, a nawet zastąpić oryginalny instrument zupełnie innym.

Związane z tym czynności przypominają nieco przedstawione przez Iwaszkiewicza w Sławie i chwale pracowite wycinanie otworów w taśmie do pianoli, prowadzone, bezpośrednio z zapisu nutowego, przez jednego z bohaterów tej powieści, dla którego był to jedyny sposób na pokonanie braku umiejętności gry (i słuchu).

Teraz zaś, dzięki "Melodynie" staje się możliwe wszystko, a gotowe nagranie może nijak mieć się do oryginału oraz możliwości i umiejętności wykonawców. Jest to również szansa dla mnie - mógłbym (gdyby mi się jeszcze w ogóle chciało) nagrać coś np. na instrumencie klawiszowym, a potem odtworzyć to na jakiejś trąbce czy innych skrzypcach.

Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że ktoś pracuje już także nad drugim moim problemem i wkrótce będę mógł pochwalić się mistrzostwem w rysunku. Twarz czy perspektywa, ołówek czy akwarela - bez różnicy.


TOP 200