80 felietonów dookoła świata

Czytam CW w miarę regularnie online i w związku z tym od jakiegoś czasu jestem pod olbrzymim wrażeniem skromnych, ale jakże pełnych treści felietonów Włodzimierza Serwińskiego.

Czytam CW w miarę regularnie online i w związku z tym od jakiegoś czasu jestem pod olbrzymim wrażeniem skromnych, ale jakże pełnych treści felietonów Włodzimierza Serwińskiego.

Ten młody wojażer, w każdym razie sądząc z fotografii, potrafi śladami Phileasa Fogga dostrzec wszędzie nie tylko komputery, ale także zauważyć subtelne różnice w stopniu ich zastosowania przez różne kultury i narody.

Na wspomnianym zdjęciu widać głębokie zafrasowanie Włodzimierza Serwińskiego. Początkowo myślałem, że to perspektywa odbycia wyjątkowo żmudnej podróży tak napawała przejęciem mego bohatera, lecz w miarę czytania kolejnych felietonów zrozumiałem, że jestem w głębokim błędzie. To nie trudy odwiedzania drugiej strony naszego globu i - było nie było - chodzenia do góry nogami, ale rzetelna troska o przyszłość świata spowodowała grymas na twarzy mego idola. To nie słońce azjatyckich plaż ani poczucie oddalenia od Ojczyzny, tylko problemy globalizacji mąciły spokój podróżnikowi.

W miarę posuwania się na wschód ton felietonów WS zmieniał się na coraz bardziej kasandryczny. Aż wreszcie dotarłszy do Meksyku, nasz drogi autor, zamiast pofolgować sobie, użyć życia przy kieliszku margherity, właśnie w stolicy regionu, gdzie produkuje się najlepszą tequilę, dał pełny wyraz swym obawom. To nic, że niegościnna granica USA już blisko, to nic, że grozi deportacja wprost do kraju. Nasz człowiek nie ugiął się i ogłosił wreszcie prawdę, dlaczego Windowsy opanowały świat. Tu muszę, jako znany purysta językowy, sprostować drobne potknięcie znakomitego skądinąd stylisty - to forma podwójnie mnoga, choć w tym przypadku jak zwykle u autora celna, bo przecież mamy do czynienia z hydrą, która na jednym ciele (kernelu) ma wiele obliczy.

Otóż Serwiński ujawnił znane i nam w redakcji od lat poglądy rządu USA. Tak, tak! Rzeczywiście, rząd USA "jakby z natury nie lubi wszystkiego, co totalne" (Podział rynku metodą liny). To głębokie spostrzeżenie, dotąd obficie kamuflowane przez serwilistyczną prasę, w tym i wyżej podpisanego (biję się w piersi), ma głęboki związek z tequilą, Meksykiem, biedą tego kraju oraz komputerami masowo tamże wyposażanymi w system Windows. Oczekując niezbyt długiego, choć triumfalnego powrotu do kraju naszego bohatera (wraz z towarzyszącymi osobami?) i z konieczności opuszczenia atlantyckiej części podróży, postanowiłem dać Państwu po raz ostatni szansę przeczytania dosadnej prozy WS. Oto moja próbka.

"St. Georges to małe miasteczko, położone na południowym brzegu Bermudów. Od dawna przestało żyć z turystów zatrzymujących się w hotelikach i pijących tani alkohol - w każdym razie od kiedy rząd amerykański oddał swoją wojenną bazę lotniczą z powrotem Anglikom. Już z pokładu statku zauważyliśmy, że ruch tu jakby inny. No tak, lewostronny. Widać nie ma tu e-gospodarki. Odwiedzamy jedyną kafejkę internetową. Łysiejący brunet nawet nie podnosi oczu - cena 0,75 USD za minutę połączenia albo 89,95 USD za tygodniowe połączenie bez limitu czasu jest przecież rozbojem na prostej drodze. Wchodzimy do sklepu wolnocłowego i zakupujemy 1 litr tequili za 15 USD - przyjmują tutaj zielone, choć to przecież cząstka wielkiego imperium i powinni nam wydać resztę w euro. Ale nie, uncle Sam trzyma rękę na pulsie wydarzeń. Czy taki musi być zawsze koniec cywilizacji?"


TOP 200