28 lutego

Kiedyś w pracy, naprzeciw naszych okien, po drugiej stronie ulicy mieliśmy salę urządzeń do wprowadzania danych, gdzie kilkanaście dziewczyn pracowicie odczytywało dane z dokumentów i wstukiwało je na klawiaturach terminali.

Kiedyś w pracy, naprzeciw naszych okien, po drugiej stronie ulicy mieliśmy salę urządzeń do wprowadzania danych, gdzie kilkanaście dziewczyn pracowicie odczytywało dane z dokumentów i wstukiwało je na klawiaturach terminali.

Dwa razy w ciągu dnia w przestronnych oknach tego pomieszczenia odbywało się swoiste przedstawienie. To właśnie te dziewczyny wykonywały coś, co było połączeniem tańca i gimnastyki, odbywanej wg nagranych na taśmie, wraz z odpowiednią muzyką, poleceń. Całość była wynikiem inicjatywy naszego szefa, który zorganizował to przy pomocy TKKF.

Właściwa historia zaczęła się na początku minionego wieku, kiedy to u robotników w rzeźniach amerykańskich, którzy całymi dniami nosili na plecach połówki świń, wystąpiły dziwne objawy. Były to silne bóle mięśni i towarzyszące im poczucie niemocy. Objawy te najpierw utrudniały, a po jakimś czasie w ogóle uniemożliwiały wykonywanie pracy.

Badania wykazały, że był to skutek ciągłego, powtarzalnego wysiłku, stale i w ten sam sposób obciążającego te same mięśnie. Charakterystyczny był przy tym brak jakichkolwiek uszkodzeń mechanicznych, w rodzaju zerwanych ścięgien czy uszkodzonych połączeń nerwowych.

Schorzenie to nazwano Repetitive Strain Injury (w skrócie RSI - nie mylić z Restricted System Interface!) i nie wiem, czy ma ono w ogóle nazwę polską.

Przed laty mogłem przekonać się osobiście, że problem ten może dotyczyć wszystkich mięśni. A było to tak: w latach 70. dużo, a nawet bardzo dużo, pracowałem na terminalu (nb. do dziś nie spotkałem równie dobrej klawiatury!). Najwygodniej (i najszybciej) pracowało się, gdy ręka, od ramienia po dłoń, "wisiała" nad klawiaturą, pozwalając palcom na poruszanie się po całej jej powierzchni. I właśnie to trwające godzinami zawiśnięcie ręki na odległym od dłoni punkcie, jakim było ramię, stało się przyczyną coraz częstszego, nieznośnego bólu mięśni ręki.

Oświecili mnie dopiero koledzy angielscy, którzy słyszeli gdzieś o RSI, a cała sprawa była również nowością dla zaprzyjaźnionego lekarza. Objawy ustąpiły po okołopółrocznym okresie rygorystycznej dbałości o podparcie dłoni tuż za klawiaturą. Najgorsze były przy tym tortury psychiczne, wynikające ze zwolnienia tempa pisania: dlaczego tak wolno, skoro potrafię szybciej?!

Kilka miesięcy temu przeniosłem się do innego stanowiska pracy. Niby to samo, ale inny kształt biurka, monitor i w innym, względem krzesła, miejscu. No i znowu się zaczęło. Tym razem jednak reakcja moja była natychmiastowa: kilka tygodni konsekwentnej korekty i już przechodzi.

Przy próbie pogłębienia informacji na ten temat miłym zaskoczeniem była dla mnie strona internetowa Powiatowej Stacji Sanitarno- -Epidemiologicznej w Świdnicy (www.sanepid.pl), gdzie można znaleźć sporo informacji o RSI i innych problemach zdrowotnych mających związek z komputerami. Jest tam również zestaw ćwiczeń, mających zapobiec powstaniu RSI, i są adresy światowych serwisów, zajmujących się tym zagadnieniem. I właśnie z któregoś z nich dowiedziałem się, że problem jest coraz poważniejszy i dotyczy rosnącej liczby osób, a 28 lutego proklamowano jako światowy dzień świadomości zagrożenia RSI!

Miłe również było uczucie ulgi, że te moje ostatnie objawy to jednak tylko to... Bo kiedyś lekarz próbował mi wmówić, że to nie jakieś RSI czy inne fanaberie, lecz zwykły, chociaż znacznie groźniejszy, reumatyzm. A mam przecież w pamięci ostrzeżenie Babci, że ileś tam lat jeżdżenia motocyklem od ostatnich śniegów do pierwszych przymrozków nie może ujść bezkarnie i prędzej czy później gdzieś wyjdzie...