Spróbuj sobie wyobrazić świat bez internetu. Bez poczty elektronicznej. Bez handlu elektronicznego, bez urządzeń w rodzaju BlackBerry. E-mail zostałby zastąpiony przez tradycyjną pocztę, a telefony komórkowe przez stare, dobre telefony stacjonarne. Spróbuj sobie teraz wyobrazić, jak w tej sytuacji wyglądałaby przyszłość. Wizję świata bez internetu kreśli Lynn Greiner, znany publicysta wielu czasopism branży IT, konfrontując ją z opiniami futurystów.
Futuryści twierdzą, że z chwilą "śmierci" internetu wszelkiego rodzaju wirtualna działalność biznesowa, księgowość a nawet handel uległyby gwałtownemu zatrzymaniu, doprowadzając tym samym do bankructwa wielu firm. To przywodzi mi na myśl opowiadanie E.M. Forestera - "Koniec maszyny" napisane w 1909 roku. Opisuje ono upadek cywilizacji, która owinęła się w kokon zautomatyzowanego systemu ułatwiającego życie. Ludzie zaczęli myśleć o Maszynie jako o nieomylnym bóstwie i żyli w swoich osobistych, mechanicznych łonach, komunikując się i prowadząc interesy tylko za pośrednictwem Maszyny. Czcili ją jednak do czasu kiedy - jak napisał autor - nastąpił dzień, gdy bez najmniejszego ostrzeżenia, bez żadnych oznak niedołężności, cały system komunikacyjny załamał się, a świat taki, jakim go rozumieli - przestał istnieć.
Jeżeli internet miałby odmówić dzisiaj posłuszeństwa, to dla wielu ludzi efekt byłby podobny. Wyrośli w otoczeniu wszechobecnej komunikacji, informacji leżących w zasięgu ręki oraz robienia zakupów kilkoma kliknięciami myszy. Zginęliby bez e-maila, portali społecznościowych. Listy klientów składające się w dużej mierze z adresów mailowych są zupełnie bezużyteczne bez poczty elektronicznej, a ulotki i katalogi on-line są jak komputerowe tapety na pulpicie - nie można ich przeglądać. Dla twórców oprogramowania i innych osób, których być albo nie być opiera się na pobieraniu danych przez klientów czy dokonywaniu transakcji on-line, świat interesów przestałby funkcjonować dopóki całkowicie nie przebudowaliby oni modelu biznesowego. Dla firm, w których usługi webowe nie są krytyczne utrata internetu byłaby co najmniej znaczną niewygodą.
| Pięć rzeczy, za którymi byśmy wcale nie tęsknili (gdyby internet umarł) |
1. Spam oraz inne niepożądane treści oraz napastliwe e-maile, które zaśmiecają nasze skrzynki oraz kradną łącze. Tak, to przecież kradzież.
2. Pop-upy reklamowe prawie skaczące do oczu czytelnika próbującego przeczytać ważną informację na popularnym portalu. Zyski z reklam są oczywiście konieczne do funkcjonowania portali, ale ostatnio stały się bardzie natarczywe, niż roznosiciele ulotek.
3. Wtyczki i dodatki, które ciągle próbują się zainstalować wraz z innym oprogramowaniem mimo, że wcale ich nie chcemy na naszych komputerach.
4. Przekonanie naszych pracodawców, że zawsze jesteśmy on-line i "dzięki temu" powoduje wydłużenie czasu pracy z 8/24 na 24/7
5. Strony porno, które wykorzystują każdą najmniejszą literówkę podczas wpisywania adresu WWW i wyskakują w najbardziej upokarzających momentach.
|
Choć sieci korporacyjne funkcjonowałyby w dalszym ciągu (nie uśmiercamy w końcu TCP/IP), to wiele sieci WAN bezpiecznie połączonych dzięki dobrodziejstwom internetu musiałoby upaść. Odbudowanie ich przy wykorzystaniu tradycyjnych kanałów przesyłowych kosztowałoby krocie. Bez e-maili musielibyśmy całkowicie polegać na tradycyjnych usługach pocztowych, które wraz z rozwojem internetu również uległy przeobrażeniu i znacznie zmniejszyły swoją wydajność. Poczta tradycyjna prawdopodobnie nie byłaby w stanie udźwignąć naporu przesyłek, a szybkość doręczania równałaby się tempu tworzenia lodowców. Operatorzy telefoniczni doświadczyliby podobnych problemów w swojej infrastrukturze, ponieważ usługi VoIP przestałyby działać, a sieć tradycyjna nie przejęłaby z marszu przejąć ich zadań. Telefony komórkowe prawdopodobnie dalej funkcjonowałyby jako urządzenia do komunikacji głosowej, ale bez jakichkolwiek usług dodanych. A uzależnionym od BlackBerry pozostałoby jedynie szlochanie ukradkiem w kąciku.
Świat bez internetu diametralnie zmieniłby także krajobraz korporacji i wielu spółek. Amazon.com, EBay? - dla nich to byłby koniec. Tak naprawdę to każde "zakupy on-line" byłyby tylko mrzonką, chyba, że prowadzono by je przez łącza tradycyjne (co wiąże się ze znacznie wyższymi kosztami). Podobnie stałoby się z systemami płatniczymi zależnymi od dostępności internetu, bankowością elektroniczną, webowymi usługami obsługi klienta. A i wielu wydawców, którzy przenieśli większość swoich tytułów do internetu musieliby wznowić wydania papierowe i powrócić do zysków z tradycyjnych reklam.
| Sześć rzeczy, za którymi byśmy jednak tęsknili |
1. Automatyczne aktualizacje oprogramowania. Przeprowadzane regularnie i właściwie czynią nasz komputer bardziej bezpiecznym bez żadnego wysiłku ze strony użytkownika.
2. Konta internetowe i elektroniczne przelewy.
3. Amazon.com (Allegro.pl, Ebay.pl itp.)
4. Łatwy dostęp do poczty.
5. Internetowe systemy nawigacji (MapQuest, Targeo itp.) - bez nich już dawno byśmy się zgubili.
6. Nauka przez internet - po co siedzieć w klasie, kiedy można uczestniczyć w zajęciach siedząc w wygodnym fotelu w domowym ciepełku?
|
Niemalże od chwili powstania pierwszej strony WWW, prorocy radośnie przepowiadali zagładę oraz rychły zmierzch internetu. Wpisanie w wyszukiwarce frazy "koniec internetu" spowodowało wyświetlenie tysięcy haseł (włącznie ze stroną, która twierdzi, że jest ostatnią stroną WWW i radzącą odwiedzającym, żeby zaczęli wreszcie normalnie żyć), które podają masę znakomitych powodów, dlaczego internet miałby upaść.
Na przykład, w roku 2000 BBC twierdziło, że cenzura jest prawdziwym problemem. W 2004 roku natomiast okazało się, że Web to jeden wielki bałagan, a sieci prywatne powinny wprowadzić jednak jakąś formę cenzury - i dla przyzwoitości, i dla bezpieczeństwa.
Co na to inni futuryści?
Tim Mack jest szefem World Future Society oraz wydawcą Futures Research Quarterly. Spędził całe swoje życie zawodowe analizując trendy i obecnie pisze książkę na temat społecznych oraz ekonomicznych oddziaływań Internetu na współczesne społeczeństwo i globalną ekonomię.
Jego spojrzenie na możliwość całkowitego wyłączenia internetu jest bardzo proste: To nigdy nie nastąpi. Mówi, że utrata internetu na dni, tygodnie lub całkowicie znaczyłaby znacznie więcej niż tylko koniec denerwującego spamu i bycie odciętym od idealnego źródła informacji. Ciągły rozkwit wirtualnych firm i usług, księgowości, kadr oraz handlu musiałby ulec gwałtownemu zatrzymaniu. Zbankrutowałoby wiele firm. Bardzo ucierpiałyby wszelkie projekty prowadzone w oparciu o podział zadań pomiędzy kilka firm, a szczególnie te oparte na współdzielonych aplikacjach typu CAD czy PERT. Z drugiej jednak strony, tylko około 20 procent respondentów ankiety internetowej stwierdziło, że dla komunikacji oraz współdziałania korporacyjnego utrata internetu byłaby prawdziwą katastrofą, a 10 procent uznało, że fakt ten nie miałby absolutnie żadnych skutków. Tim Mack zaznaczył jednak, iż internet mimo, że wpłynął na wiele zmian w społeczeństwie, nie był jedynym czynnikiem je napędzającym.
Nowe formy e-rządu, ważnych badań i modelowania (np. na temat zmian klimatycznych) oraz społeczne sieci stale ewoluują, a zatem zmieniają charakter świata, a być może nawet przyszłość narodów. Parafrazując Toma Friedmana, internet połączył nas w sposób, jakiego ciągle jeszcze do końca nie rozumiemy, a ponadto zmienia sposoby, w jakie ludzie na całym świecie uczą się i tworzą. Jest też mało prawdopodobne, jak mówi Mack, że rodzaj ludzki będzie chciał cofnąć się do dawnych czasów.
Futurysta Thornton May zrobił karierę na zbieraniu najlepszych pomysłów pochodzących z różnych dziedzin życia i wykorzystywania ich do rozwiązywania aktualnych problemów. Jest przedsiębiorcą, antropologiem, kognitywistą, dziennikarzem, pisarzem, nauczycielem, profesorem w szkole biznesowej oraz myślicielem. "Jestem pewien, że większość z moich kolegów, z którymi rozmawiacie, natychmiast zacznie mnożyć ciemne strony scenariusza, który sprawdzacie - upadku internetu. Jako futurysta lubię patrzeć na pewne sprawy z nieco innej perspektywy - spróbujmy znaleźć dobre strony apokalipsy komunikacyjnej i wypracować jakiś kompromis. Jedną z rzeczy, która zniknęłaby wraz z internetem, jest będąca wytworem maszyn sława. Współczesna komunikacja masowa stworzyła struktury, które wystawiają popularność i osoby sławne na sprzedaż - mówi May. Nastąpiłby koniec naszego uwielbienia dla księżniczek, gwiazd filmowych oraz koszykarzy. A to przecież niekoniecznie złe.
Ja bym dyskutował z tym stwierdzeniem - May z pewnością zapomniał o masie kolorowych magazynów o sławach, które istniały jeszcze przed nadejściem tej manii w świecie on-line. Niemniej jednak May miał bardzo trafne przemyślenia na temat oddziaływań społecznych. Stwierdził: Wiele powiedziano o tym, jak Sieć sprawiła, że jesteśmy istotami bardziej społecznymi. To nie do końca prawda. Co prawda zautomatyzowaliśmy sam proces poznawania ludzi i stworzyliśmy zestawy narzędzi typu samo-zapraszaczy (kto sprawdza profile w portalach takich jak Facebook czy MySpace pod kątem dokładności i trafności?), ale nasze umiejętności do nawiązywania zażyłych, prawdziwie ludzkich związków uległy atrofii. Będziemy musieli ponownie nauczyć się, jak współdziałać w ramach społeczeństwa w zasadzie od podstaw - z jedną osobą naraz.
Jak mamy to osiągnąć? May sugeruje: Możemy odrzucić i jednocześnie na nowo odkryć retorykę dnia codziennego. Pomyśl, co moglibyśmy zrobić z całym tym czasem, który zyskalibyśmy nie siedząc w internecie. Moglibyśmy rozwiązać paradoks istniejący pomiędzy tym, co robimy jako społeczeństwo, a tym co robimy jako jednostki. W powtarzanych badaniach ankietowych Gallupa, kiedy respondenci pytani są o to, co jest naprawdę istotne - życie rodzinne, ulepszenie społeczeństwa, twarde zasady moralne itd. - posiadanie ładnych rzeczy zawsze ląduje na końcu. A jednak jadąc na wycieczkę na łono natury zawsze pakujemy całą masę dóbr materialnych...
Peter de Jager określa siebie jako pisarza oraz konsultanta w zakresie spraw związanych z koncepcją Racjonalnej Asymilacji Przyszłości (Rational Assimilation of the Future) - koncepcji, którą prezentuje z dużą dozą zdrowego rozsądku i poczucia humoru. To także człowiek, który uświadomił całemu przemysłowi IT, ile pracy należy wykonać, zanim kartka kalendarza przeskoczy na 1 stycznia 2000 roku. De Jager nie wierzy nawet przez minutę, że internet mógłby całkowicie upaść. No może z wyjątkiem jakiejś katastrofy typu uderzenie w Ziemię asteroidy o średnicy 35 kilometrów - ale wtedy wysłanie maila będzie raczej na końcu listy rzeczy do zrobienia. Ale mimo swoich poglądów de Jager podjął próbę zmierzenia się z koncepcją śmierci internetu. Mało tego, nawet poszerzył ją o utratę wszelkiej łączności. "Odkładając na bok przypływy, zabójcze pszczoły z laserowymi żądłami oraz ogólnoświatową wojnę nuklearną - co by się stało, gdybyśmy na dłuższy czas stracili internet i komunikację w ogóle?
Natychmiastowym efektem byłoby to, że około 5,5 miliona nałogowych BlackBerry-owców popadłoby w stan permanentnej katatonii. Potem dostrzeglibyśmy, że około 15 milionów użytkowników telefonów komórkowych zaczyna budzić się z trwającego dekadę trybu zombie, głosy w ich głowach zamilkną, a niebieska lampka cyborga w uchu zacznie gasnąć sprawiając, że zaczną wreszcie przywiązywać uwagę do otaczającego ich świata." To dość śmiałe stwierdzenie, ale najgorsze miało nastąpić... Za chwilę bowiem de Jager dodał: "Opad radioaktywny o znacznie dłuższym czasie oddziaływania nastąpiłby po jakimś pół roku. Doświadczylibyśmy znacznego wzrostu liczby wniosków rozwodowych. Małżonkowie doszliby do wniosku, że ich związki małżeńskie były znacznie bardziej udane, gdy ich lepsze połowy grały w World of Warcraft do późnych godzin nocnych." Przerażające.
A czy moglibyśmy kiedyś powrócić do czasów przedinternetowych? Ani De Jager, ani May nie sądzą, że byśmy nawet chcieli próbować.
***
Opracował: Patryk Królikowski